Trudno uwierzyć w to jak ludzie potrafią się zmienić. Nie na przestrzeni lat, miesięcy czy tygodni. W ciągu zaledwie kilku godzin, jednego dnia. Tak zwana równowaga ducha, którą ponoć ciężko uzyskać, jest bardzo chwiejnym gównem.
Na dobrą sprawę wystarczy Ci jedno zdarzenie, ba!, uświadomienie sobie jednej rzeczy, by stosunek do wszystkiego uległ zmianie. Trochę to głupie. Nagle do umysłu przychodzi sobie mały zakapturzony ludek i szepcze coś do Rozumu.
Nie jesteś przygotowany na egzamin.
Nic nie robisz.
Znowu siedzisz przed kompem.
Miałeś nie palić.
etc.
Jedno zdanie. Czynności i zdarzenia, które trwają już jakąś chwilę, nie wiadomo skąd, ale za to z ogromną siłą wdzierają się w świadomość skumulowane w jednym wypowiedzeniu.
Ścieżka zatracenia została otwarta. Twoje samopoczucie i humor podupadają w przeciągu kilku sekund. Świat zaczyna tracić barwy, a percepcja ogniskuje się na własnej nie udolności i nienawiści płynącej wprost ze świata do Ciebie.
W jednej chwili stajesz się sfrustrowanym nieudacznikiem, który całkowicie nie wierzy w siebie i wszystko go wkurwia.
Powstaje tylko jedno zasadnicze pytanie:
Po co?
No właśnie. Po co? Co to niby da? Nie jest Ci przez to dobrze, a nawet jest Ci cholernie źle, wszystko Cię wkurcza, zrażasz do siebie ludzi i z minuty na minutę zawalasz coraz to większą ilość spraw: dołując się jeszcze bardziej.
Bynajmniej nie dostrzegam w tym żadnych pozytywów, a TY?
Łatwo się mówi jak się tak nie ma i gdy się tego nie przeżywa! Nie nie mówi się łatwo, bo najpierw trzeba na to wpaść.
Sprzedam Ci coś. Sprzedam Ci informację wartą 1 000 000 000 000 000 funtów brytyjskich. Sprzedam Ci ją za darmo.
Uwaga uwaga:
To tylko Ty i Twoje paranoje.
Szok? Co to za głupota?
To prawda.
Niestety Nasz świat nie jest zbudowany do końca tak jak Ci się wydaje, nie tak jak zostało Ci powiedziane. Świat to Chaos. Jeden wielki burdel i to burdel na małych czerwonych kółkach.
To co widzisz dookoła siebie to tylko Twoja wiara, przekonanie, że to naprawdę tak wygląda. Widzisz rzeczy takimi jakimi je wykreowałeś, jakimi chcesz je widzieć.
Co nie wierzysz?
Weźmy miasto Łódź. Nie chcę nikogo obrażać, ale to miasto jest brzydkie. Typowy krajobraz postprzemysłowy (postindustrialny brzmi z dupy choć jest w słowniku). Brudne, stare, opuszczone fabryki. Syf. Mój kumpel kocha to miasto. Zrobił wszystko żeby tam jechać, a wiesz czemu? Bo kręci go postindustrial (jakoś tak się to nazywało). Uwielbia biegać po opuszczonych budynkach przemysłowych i robić zdjęcia. On widzi to miasto pięknym. Dlaczego? Bo naprawdę w to wierzy i to widzi.
Ja jako traceur mogę powiedzieć, że patrząc na miasto widzę tylko barierki, ściany, murki. Bo ja tak widzę świat!
Nie słyszałeś nigdy zdania: Popatrz na świat oczami X? Bo ja słyszałem i jest ono prawdziwe.
Wszystko zależy od Ciebie, od tego w co wierzysz, co poukładasz sobie w głowie. Jeżeli uważasz, że fakt nieprzygotowania powoduje to, że masz stany depresyjne to tak jest i będzie, ale jeżeli przerobisz tona mobilizację do nauki?
Świat jest takim jakim go widzisz i jakim chcesz by był. To samo tyczy się Ciebie. Jeśli chcesz coś zrobić albo chcesz coś w sobie zmienić to w to uwierz, a z pomocą chęci wyjdzie tak jak tego chciałeś.
We have nothing with the outcast and the unfit: let them die in their misery. For they feel not. Compassion is the vice of kings: stamp down the wretched and the weak: this is the law of the strong: this is our law and the joy of the world. Think not, o king, upon that lie: That Thou Must Die: verily thou shalt not die, but live. Now let it be understood: If the body of the King dissolve, he shall remain in pure ecstasy for ever.
poniedziałek, czerwca 28, 2010
niedziela, czerwca 27, 2010
Czwarte uderzenie
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się co znaczą zdania, które wypowiadasz? Czy myślałeś kiedyś o tym, że wszystko co mówisz przekazuje dwie wartości? Nie chodzi mi tu o podtekst, bo podtekst to taka czynność, w której specjalnie i subtelnie, niczym gruba berta, przekazujesz pewne informacje.
No więc co z tym dualizmem? O czym ja w ogóle gadam?
Mówię o czymś takim jak informacja stematyzowana i implikowana.
Tak. Brzmi dziwnie. Tak. Niby po co mi to? Daj mi chwilę to Ci wyjaśnię.
Mógłbym posłużyć się suchymi definicjami z uczonych tekstów czy przytoczyć ciocię Wiki, ale pokazanie tego na przykładzie, będzie bardziej przyswajalne.
Weźmy zdanie:
Chodźmy na piwo.
Informacją stematyzowaną, jest to co dane słowa znaczą jako takie i co znaczą w obrębie tworu jakim jest wypowiedzenie - czynność dwóch lub więcej osób wyrażająca przemieszczenie się gdzieś w celu konsumpcji napoju alkoholowego pozyskanego z chmielu. W skrócie: CHODŹMY NA PIWO.
To było proste. Teraz następuje zagadnienie informacji implikowanej, tak zwanej domyślnej.
Taka implikacja w zdaniu Chodźmy na piwo to: chodźmy pogadać i przy okazji napić się piwa.
Też mi odkrycie, przecież każdy kretyn to wie! Tak jasne.To był prosty przykład, który miał pokazać zjawisko.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, bo jeżeli powiemy:
Chodźmy pogadać przy piwie.
To informacją implikowaną nie będzie chodźmy na piwo. Raczej: stało się coś o czym chciałbym porozmawiać, ale nie jest to łatwe i potrzebuje spokoju i alkoholu.
Subtelną różnicą tego nie nazwę.
Pierwsze pytanie jakie zaświtało pod Twą czaszką to: A po jaką mi to cholerę?
Wiesz po co? Po to, żebyś rozumiał co mówisz i nie dziwił się, że coś poszło nie tak jak myślisz. Co nie możesz znaleźć przykładu? Czy miałeś kiedyś przypadek, drogi mężczyzno, że spodobała Ci się jakaś dziewczyna, chciałeś ją lepiej poznać, umówić się z nią, a ona powiedziała nie albo całe spotkanie przebiegało na stopie koleżeńskiej, a bynajmniej nie o to Ci chodziło.
Przyznaj się, że miałeś taką niewątpliwą przyjemność. Nie musisz tego mówić głośno, ale nie oszukuj się.
Powiedzieć Ci dlaczego tak się stało? Dlatego, że zaproponowałeś coś, czego nie powinieneś był zrobić. Prawie na pewno powiedziałeś coś w stylu:
Może spotkamy się w piątek wieczorem i pójdziemy na spacer albo kawę?
Ty naprawdę tego chciałeś. Naprawdę chciałeś spotkać się z nią, przejść, wypić kawę, zjeść lody, pogadać i takie tam. Wiem, że tego chciałeś. Problem w tym, że w większości przypadków nie wiesz co powiedziałeś. Informacja implikowana tego zdania wygląda mniej więcej tak:
Podobasz mi się i chciałbym żebyśmy spędzili trochę czasu we dwoje, bo coś do Ciebie czuje.
Zdziwiony?(wiem,że niektórzy nie są zdziwieni i wiedzą co powiedzieli, ale to jest mała ilość procentowa w odniesieniu do całości. Tak przy okazji to jeżeli czujesz się takim kimś i po przekopaniu całego swego "życia towarzyskiego" nie znajdujesz czegoś takiego to znaczy, że albo trafiłeś za pierwszym uderzeniem albo nie próbowałeś albo się oszukujesz)
Ona tak to odebrała. Prawda miłe Panie? Chłopcy nie wierzycie w to? Zapytajcie jakiejś swojej dobrej koleżanki albo dziewczyny jeżeli taką posiadacie.
Dobra, dobra a co dalej? Myślicie,ze później to się nie przydaje, później to nie działa? Muszę Was zmartwić to działa cały czas. Najgorsze jest jednak to, że mężczyźni i kobiety myślą trochę inaczej. I dlatego zawsze, gdy coś mówimy, musimy się zastanowić jaka jest informacja implikowana, co ta druga strona z tego zrozumie. Na dokładkę dodam, że jednemu zdaniu nie odpowiada jedno zdanie informacji implikowanej - niestety może być ona bardzo szeroka.
Załóżmy, że naszło Cię na seks (mógłbym użyć eufemizmów: baraszkowanie, spółkowanie, zbliżenie:po co owijać w bawełnę?) i nagle słyszysz od swoje kobiety:
Boli mnie głowa.
Informacja stematyzowana jest taka, że boli ją głowa, ale implikowana którą odbierasz to: nie mam ochoty.
Prawdziwe i ogólnie znane prawda?
Zaskoczę Cię. Twoja luba może mieć inne powody.
Po pierwsze naprawdę może boleć ją głowa.
Po drugie może nie mieć ochoty, tak jak to ustaliłeś Sherlocku.
Po trzecie coś się może dziać.
Jest trochę opcji. Ile z nich sprawdzasz?
No właśnie.
Najmilsze zdanie zostawiłem na koniec, tak kandyzowana wisienka na cannoli. Tak:
Zostańmy przyjaciółmi.
Informacja stematyzowana jest prosta, ale implikowana to już majstersztyk. My faceci odbieramy to prosto - kosz, out, wypad, nara, chyba ty... Zostaliśmy po prostu odrzuceni. Niby możemy być bardzo blisko, ale nie na tle na ile byśmy chcieli.
Natomiast z drugiej strony sytuacja wygląda trochę inaczej. Z jednej strony jest to humanitarne(po chuju) danie kosza, z drugiej jest to po prostu chęć przyjaźni. Nic nie czuje, dobrze się rozmawia, nie chce się wiązać, ale chcę by ten ktoś był blisko, bo kiedyś....bo może....
Mało Was na to wpadło co? Też przez jakiś tam kawałek czasu tego nie zauważałem i nie wiedziałem dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Teraz już wiem.
To co myślę często implikuje się w tym co mówię, więc muszę dobrze zastanowić się o co mi tak naprawdę chodzi i wyrazić to. No i muszę brać pod uwagę to, że kobiety myślą inaczej.
No więc co z tym dualizmem? O czym ja w ogóle gadam?
Mówię o czymś takim jak informacja stematyzowana i implikowana.
Tak. Brzmi dziwnie. Tak. Niby po co mi to? Daj mi chwilę to Ci wyjaśnię.
Mógłbym posłużyć się suchymi definicjami z uczonych tekstów czy przytoczyć ciocię Wiki, ale pokazanie tego na przykładzie, będzie bardziej przyswajalne.
Weźmy zdanie:
Chodźmy na piwo.
Informacją stematyzowaną, jest to co dane słowa znaczą jako takie i co znaczą w obrębie tworu jakim jest wypowiedzenie - czynność dwóch lub więcej osób wyrażająca przemieszczenie się gdzieś w celu konsumpcji napoju alkoholowego pozyskanego z chmielu. W skrócie: CHODŹMY NA PIWO.
To było proste. Teraz następuje zagadnienie informacji implikowanej, tak zwanej domyślnej.
Taka implikacja w zdaniu Chodźmy na piwo to: chodźmy pogadać i przy okazji napić się piwa.
Też mi odkrycie, przecież każdy kretyn to wie! Tak jasne.To był prosty przykład, który miał pokazać zjawisko.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, bo jeżeli powiemy:
Chodźmy pogadać przy piwie.
To informacją implikowaną nie będzie chodźmy na piwo. Raczej: stało się coś o czym chciałbym porozmawiać, ale nie jest to łatwe i potrzebuje spokoju i alkoholu.
Subtelną różnicą tego nie nazwę.
Pierwsze pytanie jakie zaświtało pod Twą czaszką to: A po jaką mi to cholerę?
Wiesz po co? Po to, żebyś rozumiał co mówisz i nie dziwił się, że coś poszło nie tak jak myślisz. Co nie możesz znaleźć przykładu? Czy miałeś kiedyś przypadek, drogi mężczyzno, że spodobała Ci się jakaś dziewczyna, chciałeś ją lepiej poznać, umówić się z nią, a ona powiedziała nie albo całe spotkanie przebiegało na stopie koleżeńskiej, a bynajmniej nie o to Ci chodziło.
Przyznaj się, że miałeś taką niewątpliwą przyjemność. Nie musisz tego mówić głośno, ale nie oszukuj się.
Powiedzieć Ci dlaczego tak się stało? Dlatego, że zaproponowałeś coś, czego nie powinieneś był zrobić. Prawie na pewno powiedziałeś coś w stylu:
Może spotkamy się w piątek wieczorem i pójdziemy na spacer albo kawę?
Ty naprawdę tego chciałeś. Naprawdę chciałeś spotkać się z nią, przejść, wypić kawę, zjeść lody, pogadać i takie tam. Wiem, że tego chciałeś. Problem w tym, że w większości przypadków nie wiesz co powiedziałeś. Informacja implikowana tego zdania wygląda mniej więcej tak:
Podobasz mi się i chciałbym żebyśmy spędzili trochę czasu we dwoje, bo coś do Ciebie czuje.
Zdziwiony?(wiem,że niektórzy nie są zdziwieni i wiedzą co powiedzieli, ale to jest mała ilość procentowa w odniesieniu do całości. Tak przy okazji to jeżeli czujesz się takim kimś i po przekopaniu całego swego "życia towarzyskiego" nie znajdujesz czegoś takiego to znaczy, że albo trafiłeś za pierwszym uderzeniem albo nie próbowałeś albo się oszukujesz)
Ona tak to odebrała. Prawda miłe Panie? Chłopcy nie wierzycie w to? Zapytajcie jakiejś swojej dobrej koleżanki albo dziewczyny jeżeli taką posiadacie.
Dobra, dobra a co dalej? Myślicie,ze później to się nie przydaje, później to nie działa? Muszę Was zmartwić to działa cały czas. Najgorsze jest jednak to, że mężczyźni i kobiety myślą trochę inaczej. I dlatego zawsze, gdy coś mówimy, musimy się zastanowić jaka jest informacja implikowana, co ta druga strona z tego zrozumie. Na dokładkę dodam, że jednemu zdaniu nie odpowiada jedno zdanie informacji implikowanej - niestety może być ona bardzo szeroka.
Załóżmy, że naszło Cię na seks (mógłbym użyć eufemizmów: baraszkowanie, spółkowanie, zbliżenie:po co owijać w bawełnę?) i nagle słyszysz od swoje kobiety:
Boli mnie głowa.
Informacja stematyzowana jest taka, że boli ją głowa, ale implikowana którą odbierasz to: nie mam ochoty.
Prawdziwe i ogólnie znane prawda?
Zaskoczę Cię. Twoja luba może mieć inne powody.
Po pierwsze naprawdę może boleć ją głowa.
Po drugie może nie mieć ochoty, tak jak to ustaliłeś Sherlocku.
Po trzecie coś się może dziać.
Jest trochę opcji. Ile z nich sprawdzasz?
No właśnie.
Najmilsze zdanie zostawiłem na koniec, tak kandyzowana wisienka na cannoli. Tak:
Zostańmy przyjaciółmi.
Informacja stematyzowana jest prosta, ale implikowana to już majstersztyk. My faceci odbieramy to prosto - kosz, out, wypad, nara, chyba ty... Zostaliśmy po prostu odrzuceni. Niby możemy być bardzo blisko, ale nie na tle na ile byśmy chcieli.
Natomiast z drugiej strony sytuacja wygląda trochę inaczej. Z jednej strony jest to humanitarne(po chuju) danie kosza, z drugiej jest to po prostu chęć przyjaźni. Nic nie czuje, dobrze się rozmawia, nie chce się wiązać, ale chcę by ten ktoś był blisko, bo kiedyś....bo może....
Mało Was na to wpadło co? Też przez jakiś tam kawałek czasu tego nie zauważałem i nie wiedziałem dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Teraz już wiem.
To co myślę często implikuje się w tym co mówię, więc muszę dobrze zastanowić się o co mi tak naprawdę chodzi i wyrazić to. No i muszę brać pod uwagę to, że kobiety myślą inaczej.
piątek, czerwca 25, 2010
Trzecie uderzenie
Wybory. Taak... Najcudowniejsza rzecz jaka może zdarzyć się w życiu. I bynajmniej nie chodzi mi o głosowanie na partie polityczne czy kandydatów na prezydenta: chodzi mi o normalne, codzienne wybory. Zjeść trzy kanapki czy cztery ( w sumie to i tak dwie, bo na cztery mnie nie stać, a na trzy i tak nie mam co położyć)? Iść pieszo czy pojechać autobusem? Wziąć kurtkę czy nie?
Zwykła szara rzeczywistość.
Wziąć tysiąc złotych czy pozwolić by komuś spełniło się marzenie?
Jasne, że wziąć tysiąc!(i nawet nie próbuj mówić, że jest inaczej, wszyscy wiedzą,że weźmiesz tysiaka) Można kupić ciuchy, kratę browarów, spoko słuchawki, siuwax i przez tydzień stołować się w Kill The Fucking Chicken. Przecież to nie jest wybór tylko oczywistość!
A co jeśli spełni się marzenie kogoś kogo kochamy?
Tu już powstaje pewien dylemat(nie krzycz do monitora,że na pewno ma się spełnić marzenie Kogoś, bo to jest ważniejsze niż koło w kieszeni, niż 10 kół. Nie bądź śmieszny i nie brudź monitora), przecież tysiak to dużo możliwości...
Srać na to, że pójdę do KFC skoro możeMY pójść do KFC. Ile cudownych rzeczy mogę kupić Tej Osobie i ile rzeczy mogę kupić sobie.
Jak dobrze mogę zrobić sobie? Nie dość, że zrobię dobrze drugiej osobie, dzięki czemu sam będę miał dobrze, to jeszcze kupię sobie różności i będzie mi dobrze.
Jednak spełnienie czyjegoś marzenia da mi więcej radości. Ostatecznie pozwolisz Komuś zgarnąć ich sen.
A co jeśli ten tysiąc będzie Ci potrzebny?
Może i nie jest Ci rozpaczliwie potrzebny, nie zależy od niego niczyje życie. Jakby Ci to przedstawić...
Powiedzmy,że masz przesłuchanie do zespołu. Grasz na gitarze i przydałby Ci się jakiś multi efekt. Cholernie zależy Ci a graniu w tym zespole i te tysiąc złych zagwarantowałoby Ci miejsce.
Kuźwa! Z drugiej strony wystarczy, że poćwiczę więcej i wyjdzie na to samo, więc mogę spełnić Czyjeś marzenie.
No taak... A jakbym tak poćwiczył więcej, dostał się do zespołu i zgarnął tysiaka?
A Ty co byś zrobił? Pewnie pozwoliłbyś by Twoja druga połówka spełniła swe marzenie, ale czy na pewno? Czy cieszyło by Cię to tak bardzo?
No właśnie....W końcu każdy jest egoistą.....
Marzenia to dziwna rzecz. Z jednej strony są czymś nie realnym, czymś co nigdy się nie spełni, a z drugiej stają się tym co dodaje nam sił, dzięki czemu chcemy coś robić. Stają się tym co chcemy osiągnąć.
ALE
Co gdy ich spełnienie kosztuje zbyt wiele? Ile możesz poświęcić dla realizacji marzenia?
Wyobraź sobie, że stoisz przed szansą spełnienia swego największego snu. Co zrobisz by stał się rzeczywistością? WSZYSTKO!!!!!(takie coś dudni w Twojej głowie)A jeżeli przez to ucierpi Twoja rodzina, jeżeli Twoi bliscy poczują się źle? Co jeżeli zranisz Kogoś?
Czy marzenie jest tego warte?
Co jeżeli spełnisz marzenie, dzięki któremu, Ty i Ktoś będziecie szczęśliwi, ale zranisz swoją rodzinę? Ile jesteś w stanie poświęcić? Czym do kurwy nędzy są marzenia, że potrafią stawiać pod ścianą? I dlaczego możemy poświęcić dla nich tak dużo?
Nie wiem, ale ja wybrałem marzenia i gotowy jestem poświęcić dla nich wszystko. Jestem niebieskim ptakiem.
A Ty co wybierzesz marzenie czy spokój?
Zwykła szara rzeczywistość.
Wziąć tysiąc złotych czy pozwolić by komuś spełniło się marzenie?
Jasne, że wziąć tysiąc!(i nawet nie próbuj mówić, że jest inaczej, wszyscy wiedzą,że weźmiesz tysiaka) Można kupić ciuchy, kratę browarów, spoko słuchawki, siuwax i przez tydzień stołować się w Kill The Fucking Chicken. Przecież to nie jest wybór tylko oczywistość!
A co jeśli spełni się marzenie kogoś kogo kochamy?
Tu już powstaje pewien dylemat(nie krzycz do monitora,że na pewno ma się spełnić marzenie Kogoś, bo to jest ważniejsze niż koło w kieszeni, niż 10 kół. Nie bądź śmieszny i nie brudź monitora), przecież tysiak to dużo możliwości...
Srać na to, że pójdę do KFC skoro możeMY pójść do KFC. Ile cudownych rzeczy mogę kupić Tej Osobie i ile rzeczy mogę kupić sobie.
Jak dobrze mogę zrobić sobie? Nie dość, że zrobię dobrze drugiej osobie, dzięki czemu sam będę miał dobrze, to jeszcze kupię sobie różności i będzie mi dobrze.
Jednak spełnienie czyjegoś marzenia da mi więcej radości. Ostatecznie pozwolisz Komuś zgarnąć ich sen.
A co jeśli ten tysiąc będzie Ci potrzebny?
Może i nie jest Ci rozpaczliwie potrzebny, nie zależy od niego niczyje życie. Jakby Ci to przedstawić...
Powiedzmy,że masz przesłuchanie do zespołu. Grasz na gitarze i przydałby Ci się jakiś multi efekt. Cholernie zależy Ci a graniu w tym zespole i te tysiąc złych zagwarantowałoby Ci miejsce.
Kuźwa! Z drugiej strony wystarczy, że poćwiczę więcej i wyjdzie na to samo, więc mogę spełnić Czyjeś marzenie.
No taak... A jakbym tak poćwiczył więcej, dostał się do zespołu i zgarnął tysiaka?
A Ty co byś zrobił? Pewnie pozwoliłbyś by Twoja druga połówka spełniła swe marzenie, ale czy na pewno? Czy cieszyło by Cię to tak bardzo?
No właśnie....W końcu każdy jest egoistą.....
Marzenia to dziwna rzecz. Z jednej strony są czymś nie realnym, czymś co nigdy się nie spełni, a z drugiej stają się tym co dodaje nam sił, dzięki czemu chcemy coś robić. Stają się tym co chcemy osiągnąć.
ALE
Co gdy ich spełnienie kosztuje zbyt wiele? Ile możesz poświęcić dla realizacji marzenia?
Wyobraź sobie, że stoisz przed szansą spełnienia swego największego snu. Co zrobisz by stał się rzeczywistością? WSZYSTKO!!!!!(takie coś dudni w Twojej głowie)A jeżeli przez to ucierpi Twoja rodzina, jeżeli Twoi bliscy poczują się źle? Co jeżeli zranisz Kogoś?
Czy marzenie jest tego warte?
Co jeżeli spełnisz marzenie, dzięki któremu, Ty i Ktoś będziecie szczęśliwi, ale zranisz swoją rodzinę? Ile jesteś w stanie poświęcić? Czym do kurwy nędzy są marzenia, że potrafią stawiać pod ścianą? I dlaczego możemy poświęcić dla nich tak dużo?
Nie wiem, ale ja wybrałem marzenia i gotowy jestem poświęcić dla nich wszystko. Jestem niebieskim ptakiem.
A Ty co wybierzesz marzenie czy spokój?
wtorek, czerwca 22, 2010
Drugie uderzenie
Nuda.
Taaak....Nuda...
W zasadzie można by powiedzieć,że każdego kiedyś dopada ten straszliwy demon i niczym Walkirie rozrywa ciało. Zastanawia mnie tylko czy to nuda dopada Nas czy to My staliśmy się nudni?
Sięgnijmy pamięcią do odległych czasów, kiedy to mieliśmy po kilka lat, świętowaliśmy swe ciągłe podstawówkowe 5 i opłakiwaliśmy 4. Jakoś wtedy nam się nie nudziło. Dziwne prawda. Zawsze potrafiliśmy znaleźć sobie coś czym moglibyśmy zająć czas, ręce i umysł.
Biegaliśmy, graliśmy w piłkę, chowanego, podchody, beki, policjantów i złodziei i masę innych zabaw.
Pamiętasz to?
Widzisz w swojej głowie jak szczęśliwie biegałaś/eś? Jakie wszystko było dobre i że tak naprawdę nuda dopadała Cię tylko gdy padał deszcz? Oj chyba usłyszałem wewnętrzne oburzenie. Tak gdy padało nie można było wyjść na dwór/pole/na zewnątrz, ale dalej było co robić. Czytać, grać w chińczyka, karty, warcaby czy wymyślać coś całkowicie niestworzonego.
Dało się?
A teraz co? Siedzisz przed komputerem i starasz się zabić czas, jęcząc, że dopadła Cię nuda. Może jednak trzeba popatrzeć trochę ponad krawędź monitora? Można przecież spotkać się ze znajomymi, pogadać, powygłupiać się, zagrać w chińczyka... Jest masę różnych zajawek, które można robić samemu albo z innymi ludźmi tyle, że jakoś nam to odeszło.
Teraz bawimy się tylko w siedzenie przy kompie, od którego nie odejdziemy nawet jeżeli mielibyśmy myszką kreślić kwadraty na pulpicie, albo w żuli, którzy spotykają się z innymi tylko dlatego by: "się najebać i skurwić szluge".
Czy naprawdę tak trudno zrobić coś więcej, coś ponad ten szajs? Łatwo nazwać nudę chorobą cywilizacyjną, bo inaczej musielibyśmy przyznać, że sami jesteśmy nudni.
Taaak....Nuda...
W zasadzie można by powiedzieć,że każdego kiedyś dopada ten straszliwy demon i niczym Walkirie rozrywa ciało. Zastanawia mnie tylko czy to nuda dopada Nas czy to My staliśmy się nudni?
Sięgnijmy pamięcią do odległych czasów, kiedy to mieliśmy po kilka lat, świętowaliśmy swe ciągłe podstawówkowe 5 i opłakiwaliśmy 4. Jakoś wtedy nam się nie nudziło. Dziwne prawda. Zawsze potrafiliśmy znaleźć sobie coś czym moglibyśmy zająć czas, ręce i umysł.
Biegaliśmy, graliśmy w piłkę, chowanego, podchody, beki, policjantów i złodziei i masę innych zabaw.
Pamiętasz to?
Widzisz w swojej głowie jak szczęśliwie biegałaś/eś? Jakie wszystko było dobre i że tak naprawdę nuda dopadała Cię tylko gdy padał deszcz? Oj chyba usłyszałem wewnętrzne oburzenie. Tak gdy padało nie można było wyjść na dwór/pole/na zewnątrz, ale dalej było co robić. Czytać, grać w chińczyka, karty, warcaby czy wymyślać coś całkowicie niestworzonego.
Dało się?
A teraz co? Siedzisz przed komputerem i starasz się zabić czas, jęcząc, że dopadła Cię nuda. Może jednak trzeba popatrzeć trochę ponad krawędź monitora? Można przecież spotkać się ze znajomymi, pogadać, powygłupiać się, zagrać w chińczyka... Jest masę różnych zajawek, które można robić samemu albo z innymi ludźmi tyle, że jakoś nam to odeszło.
Teraz bawimy się tylko w siedzenie przy kompie, od którego nie odejdziemy nawet jeżeli mielibyśmy myszką kreślić kwadraty na pulpicie, albo w żuli, którzy spotykają się z innymi tylko dlatego by: "się najebać i skurwić szluge".
Czy naprawdę tak trudno zrobić coś więcej, coś ponad ten szajs? Łatwo nazwać nudę chorobą cywilizacyjną, bo inaczej musielibyśmy przyznać, że sami jesteśmy nudni.
środa, czerwca 16, 2010
Pierwsze uderzenie
Dzisiejszy dzień natchnął mnie, a raczej zmusił?, do zadania pytania: Jak bardzo można spieprzyć swoje życie, by czuć się fajnym i by wydawało się nam, że ludzie nas za takich postrzegają.
Cholera! /założenie o braku wulgaryzmów było chyba nie do końca przemyślane/żna całe życie nie udolnie udawać kogoś kim się nie jest? Czy bycie sobą jest na prawdę takie trudne? Jak można przechwalać się kim to się nie jest, co to się nie umie i jaką posiada się wiedzę, jeżeli rozbija się to jak komar o szybę rzeczywistości?!
Myśle,że jest to jeden z większych problemów cywilizacyjnych, problemów new age, problemów, który strasznie kopie młode pokolenie(młodzież,ziomków etc.)/żenada.../
Winą należy obarczyc przedewszystkim mass media. W końcu to one zrobiły taką siekę. Wszyscy gonią za jakimiś pieprzonymi ideałami, jakimiś wzorcami, za tym by byc trendy,jazzy, juicy i indie. Ludzie opanujcie się! Czy od tego będziecie lepsi? Czy od tego będziecie mieli większą wiedzę? Czy od tego lepiej pokażecie siebie? Czy od tego wasza wartość skoczy? NIE.
Q: Czy będac trendy i w ogóle na czasie będe lepszy?
A: Tak z pewnością będziesz lepszy. W końcu Twój wygląd będzie orginalny pod warunkiem, że zabijesz jakieś 10 milionów ludzi. Malowanie jednymi farbami nie czyni dzieł wyjątkowymi, a takimi samymi jak pozostałe.
Q: Czy dzięki temu,że podążam za ideałami pompowanymi przez MTv, wzrośnie moja wiedza?
A: Tak i to zdecydowanie. O tym jaka gwiazda założyła jaką bluzkę i jaki fatalny bląd popełniła, nie zakładając kamizelki albo cardiganka.
Q:Czy dzięki podążaniu za duchem epoki/taki z tego 'duch epoki' jak z mysiej pizdy neseser'/lepiej zaprezentuje siebie?
A:Oczywiście,że nie. Gdy idę ulicą i widze jakiegoś alo jakąś odpicowana, wylansowaną i w ogóle mega szpan to nasuwa mi się tylko jedno - gdzieś otworzyli tanie ksero. Nie widzę w tym indywidualności i prezentacji własnych atutów.
Q: Czy dzięki byciu trendy bede bardziej wartościowy?
A:Nie. Jeżeli ktoś ubiera siętak jak miliony, słucha tego co miliony, mówi o tych rzeczach co miliony i robi wszystko co miliony, bo musi być cooool, to nie jest lepszy. Niby od kogo. Jesteś jednym z milionów; co czyni cię lepszym od innych?
Większość osób w tym miejscu stwierdzi, że jest to "półinteligenckie wynurzenie jakiegoś kretyna w okularach, który wszystkich pojezdza, bo jest brzydki, nie stać go na kamizelkę i cardiganek". Rozczaruje Was. Pisze to wszystko, by zwrócić uwagę na pewien problem.Na to co się dzieje. Nie zamierzam zmieniać czyjichś filozofii, chce tylko byś zatrzymała/ł się na chwile i uuruchomiła/ł proces myślowy.
Podążając za moda nigdy nie ukazesz swojej wartości. Nie wierzysz mi? Głównym założeniem mody jest: nie wazne czy pasuje czy nie,wazne,że jest modne i to wystarczy. Obawiam się,że powiedział to jakiś super kreator mody, ale mam to głęboko w dupie. Chodzi o sens.
Moda jest czymś co się pojawia i cechuje się pewną ułomnością. Dyktuje pewne sprawy: czy to odnośnie ubioru czy światopoglądu. Zawsze jest tylko moda - trwa określony/krótki/ czas i każe coś robić.
Natomiast bycie sobą to bycie sobą. To coś co też jest ograniczone czasowo/jak wpieprzają cie robale to już mało jesteś sobą/, ale niczego nie każe, nie nakazuje. Po prostu jesteś tym kim jesteś. Jeżeli cały świat jest przeciw Tobie, wszystko Cię dołuje/to są problemy natury psychicznej i nazywają się podwyższoną podatnością na depresje i zwiazane jest z upośledzeniem wydzielania dopaminy i takich tam.../ to jestes "emo". Obojętnie co na siebie ząlozysz zawsze tak będziesz wyglądać i już - bo taka.taki jesteś!
Jeżeli jesteś "ziomem" to zawsze tak będzie. Mozesz założyć na siebie dres za 5 i dalej jesteś "ziomem". Dlaczego?
BO MASZ TO W SOBIE!! PO PROSTU IDŹ I TO ZNAJDŹ DO KURWY NĘDZY!!!/i całe starania szlag trafił..../
Cholera! /założenie o braku wulgaryzmów było chyba nie do końca przemyślane/żna całe życie nie udolnie udawać kogoś kim się nie jest? Czy bycie sobą jest na prawdę takie trudne? Jak można przechwalać się kim to się nie jest, co to się nie umie i jaką posiada się wiedzę, jeżeli rozbija się to jak komar o szybę rzeczywistości?!
Myśle,że jest to jeden z większych problemów cywilizacyjnych, problemów new age, problemów, który strasznie kopie młode pokolenie(młodzież,ziomków etc.)/żenada.../
Winą należy obarczyc przedewszystkim mass media. W końcu to one zrobiły taką siekę. Wszyscy gonią za jakimiś pieprzonymi ideałami, jakimiś wzorcami, za tym by byc trendy,jazzy, juicy i indie. Ludzie opanujcie się! Czy od tego będziecie lepsi? Czy od tego będziecie mieli większą wiedzę? Czy od tego lepiej pokażecie siebie? Czy od tego wasza wartość skoczy? NIE.
Q: Czy będac trendy i w ogóle na czasie będe lepszy?
A: Tak z pewnością będziesz lepszy. W końcu Twój wygląd będzie orginalny pod warunkiem, że zabijesz jakieś 10 milionów ludzi. Malowanie jednymi farbami nie czyni dzieł wyjątkowymi, a takimi samymi jak pozostałe.
Q: Czy dzięki temu,że podążam za ideałami pompowanymi przez MTv, wzrośnie moja wiedza?
A: Tak i to zdecydowanie. O tym jaka gwiazda założyła jaką bluzkę i jaki fatalny bląd popełniła, nie zakładając kamizelki albo cardiganka.
Q:Czy dzięki podążaniu za duchem epoki/taki z tego 'duch epoki' jak z mysiej pizdy neseser'/lepiej zaprezentuje siebie?
A:Oczywiście,że nie. Gdy idę ulicą i widze jakiegoś alo jakąś odpicowana, wylansowaną i w ogóle mega szpan to nasuwa mi się tylko jedno - gdzieś otworzyli tanie ksero. Nie widzę w tym indywidualności i prezentacji własnych atutów.
Q: Czy dzięki byciu trendy bede bardziej wartościowy?
A:Nie. Jeżeli ktoś ubiera siętak jak miliony, słucha tego co miliony, mówi o tych rzeczach co miliony i robi wszystko co miliony, bo musi być cooool, to nie jest lepszy. Niby od kogo. Jesteś jednym z milionów; co czyni cię lepszym od innych?
Większość osób w tym miejscu stwierdzi, że jest to "półinteligenckie wynurzenie jakiegoś kretyna w okularach, który wszystkich pojezdza, bo jest brzydki, nie stać go na kamizelkę i cardiganek". Rozczaruje Was. Pisze to wszystko, by zwrócić uwagę na pewien problem.Na to co się dzieje. Nie zamierzam zmieniać czyjichś filozofii, chce tylko byś zatrzymała/ł się na chwile i uuruchomiła/ł proces myślowy.
Podążając za moda nigdy nie ukazesz swojej wartości. Nie wierzysz mi? Głównym założeniem mody jest: nie wazne czy pasuje czy nie,wazne,że jest modne i to wystarczy. Obawiam się,że powiedział to jakiś super kreator mody, ale mam to głęboko w dupie. Chodzi o sens.
Moda jest czymś co się pojawia i cechuje się pewną ułomnością. Dyktuje pewne sprawy: czy to odnośnie ubioru czy światopoglądu. Zawsze jest tylko moda - trwa określony/krótki/ czas i każe coś robić.
Natomiast bycie sobą to bycie sobą. To coś co też jest ograniczone czasowo/jak wpieprzają cie robale to już mało jesteś sobą/, ale niczego nie każe, nie nakazuje. Po prostu jesteś tym kim jesteś. Jeżeli cały świat jest przeciw Tobie, wszystko Cię dołuje/to są problemy natury psychicznej i nazywają się podwyższoną podatnością na depresje i zwiazane jest z upośledzeniem wydzielania dopaminy i takich tam.../ to jestes "emo". Obojętnie co na siebie ząlozysz zawsze tak będziesz wyglądać i już - bo taka.taki jesteś!
Jeżeli jesteś "ziomem" to zawsze tak będzie. Mozesz założyć na siebie dres za 5 i dalej jesteś "ziomem". Dlaczego?
BO MASZ TO W SOBIE!! PO PROSTU IDŹ I TO ZNAJDŹ DO KURWY NĘDZY!!!/i całe starania szlag trafił..../
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)