Święta, święta, święta. Jaki to cudowny okres w roku, kiedy serca wszystkich przepełnia miłość i radość, rodziny spotykają się przy wigilijnym stole, przebaczają sobie różnorakie doznane krzywdy etc. Dzieci radośnie podskakują z niecierpliwością czekając na prezenty. Dorośli pochłonięci są przygotowaniami: gotowaniem, kupowaniem. Ubieranie choinki potrafi wchłonąć całą rodzinę. z ciepłych domów, bucha dodatkowe ciepło oraz delikatna nuta kolęd.
Wszyscy się weselą, bo rodzi się syn boży. Przed dzień jego narodzin najadają się suto i gorączkowo rozmawiają o tym jakże wspaniałym wydarzeniu.
Gdy wreszcie pierwsza gwiazdka zaświeci na niebie wigilię czas zacząć. Przez cały dom przelatuje huk łamanego opłatka. Domownicy skladają sobie wyszukane, szczere życzenia, a głęboko w sercu chowają nadzieje na ich wypełnienie. Następnie głowa rodziny odczytuje fragment z pisma świętego, potem cała rodzina odmawia modlitwę i w atmosferze radości, miłości i wiary spożywa przygotowane potrawy, potem dobiera się do prezentów, by o północy wybrać się na pasterkę.
Jakie to piękne!
Raz w roku wydajmy trzy albo cztery pensje na jedzenie i prezenty.
Raz w roku zbierzmy się razem nawet z tymi, których nie chcemy oglądać.
Raz w roku postawmy kawał pogańskiego drzewa w domu.
Raz w roku złóżmy sobie życzenia bez pokrycia, byle tylko odbębnić obowiązek.
Raz w roku udawajmy, że jesteśmy chrześcijanami.
Raz w roku porzucajmy przekonanie o tym, że boga nie ma, a kościół robi nas w krzysia.
Raz w roku cieszmy się, nawet jeżeli nie mamy ochoty.
Udawajmy przed innymi i chowajmy się pod maską, by nie ranić cudzych uczuć i przekonań, nie myśląc o tym: dlaczego inni nie mogą zrozumieć mnie?
Płonące światełko caritas czy płonący kościół?
Jak to wygląda u Ciebie? Wersja numer jeden, czy wersja numer dwa, a może hybryda?
Co będzie jeżeli zostawię tę wiadomość w takiej formie?
Co będzie jeżeli napiszę, że nie wierzę w boga i robię kupe na kościół?
To zależy co o mnie myślisz i czy mnie znasz.
Tak czy siak..:
Wesołych świąt nie zależnie czy bożego narodzenia czy chanuki czy chujowych godów.
We have nothing with the outcast and the unfit: let them die in their misery. For they feel not. Compassion is the vice of kings: stamp down the wretched and the weak: this is the law of the strong: this is our law and the joy of the world. Think not, o king, upon that lie: That Thou Must Die: verily thou shalt not die, but live. Now let it be understood: If the body of the King dissolve, he shall remain in pure ecstasy for ever.
czwartek, grudnia 23, 2010
poniedziałek, grudnia 20, 2010
Siedemnaste uderzenie
Kurwa jego mać! Jak ja uwielbiam święta i jak ja uwielbiam PKP. Pociągi jeżdżą jak chcą, na dworcach jest mase kas z czego otwarte są trzy. Niech człowiek stewrczy w kolejce, a jak coś mu nie pasuje to albo dostanie opierdol albo moze wyjsć.
Rozkład jazdy trzeba było oczywiście zmienić.
Wszystko mnie wkurwia, każdy atom tego jebanego swiata, ba! nawet każdy kwarek.
Nienawidzę życia.
enemi tiritiri
Rozkład jazdy trzeba było oczywiście zmienić.
Wszystko mnie wkurwia, każdy atom tego jebanego swiata, ba! nawet każdy kwarek.
Nienawidzę życia.
enemi tiritiri
piątek, listopada 12, 2010
Szesnaste uderzenie
Rozwala mnie to co się dzieje. nie przypuszczałem, że w moim pięknym kraju, manipulacja rozwinie się tak bardzo. Nie sądziłem również, że ludzie mogą przestać być ciekawi i przestać akceptować wszystko co im się daje. W zasadzie to hipokryzja jest już większa niż Nasz posąg Jezusa. Tyle mamy zbuntowanej młodzieży, która ma wszystko w dupie, ona wie swoje i nikt niczego im nie będzie narzucał.
ALE
Póki nie ma tego w telewizji albo na jakimś portalu internetowym, bo wtedy jest to święta prawda. To też jest dziwne, że internet, z którego mieliśmy pozyskiwać informacje, w ogóle nie jest do tego wykorzystywany. Jesteśmy na tyle leniwymi debilami, że nie potrafimy nawet wstukać kilku liter do przeglądarki, by wiedzieć więcej.
Tak naprawdę to dlaczego mamy wiedzieć więcej? Przecież wszystko nam powiedzieli. Nikt by nas nie oszukał....
powoli zaczynam się czuć jakbym żył w Matrixie. Ludzie są cały czas oszukiwani, manipulowani i nic z tym nie robią. ba!nawet się cieszą. Pozwalają sobą kierować tylko dlatego, że są leniwi.
Nie, nie chodzi mi tu o kierowani czynami (przynajmniej nie bezpośrednio), chodzi o manipulowanie i kierowanie myślami i poglądami (sic!).
przytoczę tylko jeden przykład, który rozbawił mnie, ale również dotknął.
Ostatnio tj. 11.11.2010 w Warszawie odbył się marsz FASZYSTÓW. W tym marszu brali udział różni ludzie, ale dużo (głownie) członków:
1) Młodzieży Wszechpolskiej
2) Obozu Narodowo Radykalnego
Wiem, że pierwsze skojarzenia to Giertych i takie tam, ale zaraz wyjaśnię o co chodzi.
Faszyzm (wł. fascismo, od łac. fasces – wiązki, rózgi liktorskie i wł. fascio – wiązka, związek) – doktryna polityczna powstała w okresie międzywojennym we Włoszech, sprzeciwiająca się demokracji parlamentarnej, głosząca kult państwa (statolatrię, totalitarne silne przywództwo, terror państwowy i solidaryzm społeczny) /źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Młodzież Wszechpolska (MW) – działająca w Polsce od 1989 organizacja młodzieżowa o podłożu nacjonalistycznym. W swoich dokumentach programowych deklaruje ona, że jej celem jest wychowywanie młodzieży w duchu katolickim i narodowym /źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Narodowy radykalizm – radykalny odłam nacjonalizmu, który wyodrębnił się w latach 30. XX wieku. Wiązany jest zwykle ze skrajną prawicą[1][2], choć nie podzielał prawicowej akceptacji kapitalizmu /źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Jak widac mało ma to wspólnego z faszyzmem. oczywiście, nacjonalizm jest jedną ze składowych faszyzmu, tak samo jak militaryzm i nastawienie antyliberalne. Jak myślicie dlaczego te dwie organizacje zostały nazwane faszystowskimi, ba! neonazistowskimi:
Neonazizm (zob. neo) - doktryna mająca na celu przywrócenie lub ustanowienie ustroju opartego na niemieckiej wersji narodowego socjalizmu. Gloryfikuje ona rasizm, antysemityzm, neopogaństwo, kult siły oraz darwinizm społeczny./źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Jak widać, MW i ONR ( organizacja różni siew swym programie od tego co jest na Wiki), nie jest faszystowskie albo neonazistowskie, więc czemu? Jeżeli przemarsz patriotyczny jest nazywany faszystowskim albo neonazistowskim to znaczy, że każdy patriota jest neonazistą albo faszysta albo jedno i drugie. To mnie mierzi.
W sytuacji bawi mnie to, że ludzie, którzy niby są wykształceni nie widza różnicy.
Tak przy okazji rzucanie hasłami FASZYZM i NEONAZIZM zostało użyte tylko po to, by powiedzieć, że Ci którzy maszerują robią to pod wezwaniem pana Jarosława Kaczyńskiego.
jestem osobą apolityczną, powiem więcej - każda partia mnie wkurwia w takim samym stopniu, ale takie zagrania to już na prawdę poniżej pasa i tęgie gówno.
Summarum: nie wierzcie telewizji i portalom. Sprawdzajcie sami co dzieje się tak na prawdę, a jeżeli Was to (np. polityka) nie interesuje, to nie powtarzajcie tego co usłyszycie, bo obojętnie z czyich ust to padnie, będzie to kłamstwo i wyjdziecie na debili albo coś powtórzycie, ktoś wam to wytknie i też wyjdziecie na debili albo co gorsza nie poruchacie.
/nie jestem uwarunkowany politycznie, ani wrogo nastawiony do którejkolwiek partii, jeżeli czyjeś uczucia polityczne lub dobre imię zostało naruszone i poczuł się źle - gorąco przepraszam. /
Coś trzeba napisać, żeby się nikt nie czepiał i ciągał po sadach, takie zabezpieczenie...
ALE
Póki nie ma tego w telewizji albo na jakimś portalu internetowym, bo wtedy jest to święta prawda. To też jest dziwne, że internet, z którego mieliśmy pozyskiwać informacje, w ogóle nie jest do tego wykorzystywany. Jesteśmy na tyle leniwymi debilami, że nie potrafimy nawet wstukać kilku liter do przeglądarki, by wiedzieć więcej.
Tak naprawdę to dlaczego mamy wiedzieć więcej? Przecież wszystko nam powiedzieli. Nikt by nas nie oszukał....
powoli zaczynam się czuć jakbym żył w Matrixie. Ludzie są cały czas oszukiwani, manipulowani i nic z tym nie robią. ba!nawet się cieszą. Pozwalają sobą kierować tylko dlatego, że są leniwi.
Nie, nie chodzi mi tu o kierowani czynami (przynajmniej nie bezpośrednio), chodzi o manipulowanie i kierowanie myślami i poglądami (sic!).
przytoczę tylko jeden przykład, który rozbawił mnie, ale również dotknął.
Ostatnio tj. 11.11.2010 w Warszawie odbył się marsz FASZYSTÓW. W tym marszu brali udział różni ludzie, ale dużo (głownie) członków:
1) Młodzieży Wszechpolskiej
2) Obozu Narodowo Radykalnego
Wiem, że pierwsze skojarzenia to Giertych i takie tam, ale zaraz wyjaśnię o co chodzi.
Faszyzm (wł. fascismo, od łac. fasces – wiązki, rózgi liktorskie i wł. fascio – wiązka, związek) – doktryna polityczna powstała w okresie międzywojennym we Włoszech, sprzeciwiająca się demokracji parlamentarnej, głosząca kult państwa (statolatrię, totalitarne silne przywództwo, terror państwowy i solidaryzm społeczny) /źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Młodzież Wszechpolska (MW) – działająca w Polsce od 1989 organizacja młodzieżowa o podłożu nacjonalistycznym. W swoich dokumentach programowych deklaruje ona, że jej celem jest wychowywanie młodzieży w duchu katolickim i narodowym /źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Narodowy radykalizm – radykalny odłam nacjonalizmu, który wyodrębnił się w latach 30. XX wieku. Wiązany jest zwykle ze skrajną prawicą[1][2], choć nie podzielał prawicowej akceptacji kapitalizmu /źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Jak widac mało ma to wspólnego z faszyzmem. oczywiście, nacjonalizm jest jedną ze składowych faszyzmu, tak samo jak militaryzm i nastawienie antyliberalne. Jak myślicie dlaczego te dwie organizacje zostały nazwane faszystowskimi, ba! neonazistowskimi:
Neonazizm (zob. neo) - doktryna mająca na celu przywrócenie lub ustanowienie ustroju opartego na niemieckiej wersji narodowego socjalizmu. Gloryfikuje ona rasizm, antysemityzm, neopogaństwo, kult siły oraz darwinizm społeczny./źródło: wikipedia.pl -> informacje nie są najlepsze, ale trudno ;)/
Jak widać, MW i ONR ( organizacja różni siew swym programie od tego co jest na Wiki), nie jest faszystowskie albo neonazistowskie, więc czemu? Jeżeli przemarsz patriotyczny jest nazywany faszystowskim albo neonazistowskim to znaczy, że każdy patriota jest neonazistą albo faszysta albo jedno i drugie. To mnie mierzi.
W sytuacji bawi mnie to, że ludzie, którzy niby są wykształceni nie widza różnicy.
Tak przy okazji rzucanie hasłami FASZYZM i NEONAZIZM zostało użyte tylko po to, by powiedzieć, że Ci którzy maszerują robią to pod wezwaniem pana Jarosława Kaczyńskiego.
jestem osobą apolityczną, powiem więcej - każda partia mnie wkurwia w takim samym stopniu, ale takie zagrania to już na prawdę poniżej pasa i tęgie gówno.
Summarum: nie wierzcie telewizji i portalom. Sprawdzajcie sami co dzieje się tak na prawdę, a jeżeli Was to (np. polityka) nie interesuje, to nie powtarzajcie tego co usłyszycie, bo obojętnie z czyich ust to padnie, będzie to kłamstwo i wyjdziecie na debili albo coś powtórzycie, ktoś wam to wytknie i też wyjdziecie na debili albo co gorsza nie poruchacie.
/nie jestem uwarunkowany politycznie, ani wrogo nastawiony do którejkolwiek partii, jeżeli czyjeś uczucia polityczne lub dobre imię zostało naruszone i poczuł się źle - gorąco przepraszam. /
Coś trzeba napisać, żeby się nikt nie czepiał i ciągał po sadach, takie zabezpieczenie...
poniedziałek, listopada 01, 2010
Pietnaste uderzenie
Czy ułatwiałeś kiedyś coś? Robiłeś jakiś zbiór rzeczy tylko po to, żeby drugiej osobie było łatwiej? By mogła coś zrobić?
Na pewno tak było. Problem w tym, że najczęściej tej osobie i tak nie wychodzi, i chodź się starasz to i tak w końcu sam musisz to zrobić.
Dlaczego zazwyczaj jedna osoba musi być napędem, musi być organem odpowiadającym i odpowiedzialnym? Dlaczego dwie osoby takie nie mogą być albo żadna?
Jak bardzo trzeba się zmęczyć, żeby nie zobaczyć komety spadającej na kanapkę z Pepsi?
W zasadzie to nawet nie wiem o czym piszę, choć kwadrat sumy kanapek zjedzonych przez europejczyków nie dorównuje sumarycznej ilości zjedzonych w etiopii kamieni.
Na pewno tak było. Problem w tym, że najczęściej tej osobie i tak nie wychodzi, i chodź się starasz to i tak w końcu sam musisz to zrobić.
Dlaczego zazwyczaj jedna osoba musi być napędem, musi być organem odpowiadającym i odpowiedzialnym? Dlaczego dwie osoby takie nie mogą być albo żadna?
Jak bardzo trzeba się zmęczyć, żeby nie zobaczyć komety spadającej na kanapkę z Pepsi?
W zasadzie to nawet nie wiem o czym piszę, choć kwadrat sumy kanapek zjedzonych przez europejczyków nie dorównuje sumarycznej ilości zjedzonych w etiopii kamieni.
wtorek, października 19, 2010
Czternaste uderzenie
Wstaliście kiedyś lewą nogą? Budzik wyrwał was z delikatnych objęć Morfeusza, Eos delikatnie muska swymi palcami po policzku. Spokojnie, jakby w obawie przed rzeczywistością, otwieracie studnie duszy. Podnosicie się, i nieświadomi tego co za chwilę się stanie, przekazujecie przez neurony skodyfikowaną informację. Lewa noga szybko przedziera się przez miliony cząsteczek i z impetem, godnym tytanów, uderza niczym płatek śniegu w podłogę.
To co dzieję się dalej jest niedostrzegalne, niepojęte dla siatkówki. Z głębi Hadesu, wprost z paszczy Lucyfera, wylatują harpie mroku, czarne płomienie wbijając się przeraźliwie w ciało i sączą, sączą truciznę niezelżywą, jad, który z niewiarygodną prędkością uderza w każdą komórkę ciała, wyzwalając tsunami gniewu, tłumionej od tygodni niechęci, apatii, odwiecznej nienawiści zaszczepionej przez samego Boga.
Milisekundy, które zmieniają dzień w koszmar. Tanatos pod egidą Freuda prowadzi cię do zniszczenia.
Można nazwać to złym dniem, napadem wściekłości, ostrą schizą.
Pierdolenie. To niczym niezaspokojony Boski gniew natchniony przez szatana.
W taki dzień, dzień w którym Erynie chowają się na krańcach wszechświata, w którym Freddie Kruger ucieka na kucyku pony, w taki dzień można wszystko. Osiągnięcie czegokolwiek jest dziecinną igraszką. Tyle, że nas interesuje tylko krew, zniszczenie, pragnienie danse macabre na zgliszczach tego co znamy, zgliszczach samego siebie.
Wieczna noc jest niczym w porównaniu do słodkiego nektaru drzewa poznania.
To co dzieję się dalej jest niedostrzegalne, niepojęte dla siatkówki. Z głębi Hadesu, wprost z paszczy Lucyfera, wylatują harpie mroku, czarne płomienie wbijając się przeraźliwie w ciało i sączą, sączą truciznę niezelżywą, jad, który z niewiarygodną prędkością uderza w każdą komórkę ciała, wyzwalając tsunami gniewu, tłumionej od tygodni niechęci, apatii, odwiecznej nienawiści zaszczepionej przez samego Boga.
Milisekundy, które zmieniają dzień w koszmar. Tanatos pod egidą Freuda prowadzi cię do zniszczenia.
Można nazwać to złym dniem, napadem wściekłości, ostrą schizą.
Pierdolenie. To niczym niezaspokojony Boski gniew natchniony przez szatana.
W taki dzień, dzień w którym Erynie chowają się na krańcach wszechświata, w którym Freddie Kruger ucieka na kucyku pony, w taki dzień można wszystko. Osiągnięcie czegokolwiek jest dziecinną igraszką. Tyle, że nas interesuje tylko krew, zniszczenie, pragnienie danse macabre na zgliszczach tego co znamy, zgliszczach samego siebie.
Wieczna noc jest niczym w porównaniu do słodkiego nektaru drzewa poznania.
poniedziałek, października 04, 2010
Trzynaste uderzenie
Ucieczka.
To brzmi źle. Kojarzy się z tchórzostwem, z brakiem odwagi, słabością. Jest to słowo cholernie paskudnie nacechowane. Podobnie jak gwałciciel.
Kurwa....
Czytając to słowo, ucieczka, nie gwałciciel,więc... UCIECZKA. Pierwsze obrazy to nasze nóg za pas branie w jakiejś kryzysowej sytuacji czasem mogą to być jakieś wojska zbiegające z pola bitwy, czasem jakiś typ/typiarka, którą udało nam się nastraszyć i teraz spieprza gdzie popadnie.
Strach. Strach i ucieczka są silnie powiązane.
Ale nie o tym...Nie teraz....
Zastanawiałeś się kiedyś jak często uciekasz? Jak często w swoim życiu spierdalasz ot tak, z byle powodu?
Stajesz przed jakimś problemem i zamiast się zmierzyć uciekasz, poddajesz się. CIOTO!
I o ile te ucieczki silnie dotykają każdej strefy życia; praca, nauka, dom, gumowa kaczka, o tyle coraz częściej spotykam się z tym, że najwięcej ucieczek jest między ludźmi. Tak, w związkach w tych popieprzonych gmatwaninach ludzkich uczuć, myśli, czynów i prognozowania poczynań i myśli drugiej osoby.
To właśnie tu najczęściej spierdalamy, wymyślamy miliony wymówek, setki sposobów kamuflażu do tego by być biernym. Będziemy uciekać najdalej jak się da, byle ktoś załatwił sprawę za nas, by ktoś inny rozwiązał problem.
I wiesz co Ci powiem. Po tych wszystkich obserwacjach i doświadczeniach?
To nie problemy rozbijają związki.
To nie problemy krępują miłość.
To zasługa małych ucieczek, która prowadzi do pierdolonej bierności, aż w końcu nie ma dla kogo walczyć, nie ma o co się starać. Długo pleciona sieć, która tak wiele energii, uczuć i faktów pochłonęła, zostaje rozdarta na strzępy, bo przestajesz myśleć co będzie z drugą osobą.
Nie uciekaj, nie bądź bierny.
Walcz.
Albo rozpieprz wszystko jak doniczkę z paprocią, którą babcia dostała na 65 urodziny.
To brzmi źle. Kojarzy się z tchórzostwem, z brakiem odwagi, słabością. Jest to słowo cholernie paskudnie nacechowane. Podobnie jak gwałciciel.
Kurwa....
Czytając to słowo, ucieczka, nie gwałciciel,więc... UCIECZKA. Pierwsze obrazy to nasze nóg za pas branie w jakiejś kryzysowej sytuacji czasem mogą to być jakieś wojska zbiegające z pola bitwy, czasem jakiś typ/typiarka, którą udało nam się nastraszyć i teraz spieprza gdzie popadnie.
Strach. Strach i ucieczka są silnie powiązane.
Ale nie o tym...Nie teraz....
Zastanawiałeś się kiedyś jak często uciekasz? Jak często w swoim życiu spierdalasz ot tak, z byle powodu?
Stajesz przed jakimś problemem i zamiast się zmierzyć uciekasz, poddajesz się. CIOTO!
I o ile te ucieczki silnie dotykają każdej strefy życia; praca, nauka, dom, gumowa kaczka, o tyle coraz częściej spotykam się z tym, że najwięcej ucieczek jest między ludźmi. Tak, w związkach w tych popieprzonych gmatwaninach ludzkich uczuć, myśli, czynów i prognozowania poczynań i myśli drugiej osoby.
To właśnie tu najczęściej spierdalamy, wymyślamy miliony wymówek, setki sposobów kamuflażu do tego by być biernym. Będziemy uciekać najdalej jak się da, byle ktoś załatwił sprawę za nas, by ktoś inny rozwiązał problem.
I wiesz co Ci powiem. Po tych wszystkich obserwacjach i doświadczeniach?
To nie problemy rozbijają związki.
To nie problemy krępują miłość.
To zasługa małych ucieczek, która prowadzi do pierdolonej bierności, aż w końcu nie ma dla kogo walczyć, nie ma o co się starać. Długo pleciona sieć, która tak wiele energii, uczuć i faktów pochłonęła, zostaje rozdarta na strzępy, bo przestajesz myśleć co będzie z drugą osobą.
Nie uciekaj, nie bądź bierny.
Walcz.
Albo rozpieprz wszystko jak doniczkę z paprocią, którą babcia dostała na 65 urodziny.
sobota, września 18, 2010
Dwunaste uderzenie
Była zimna noc. Wiatr szumiał w koronach drzew, a krople deszczu leniwie przedzierały się przez igliwie i jakby od niechcenia rozbijały się o ściółkę, napełniając ją życiodajną siłą. Wyr wracał do domu. Był przemoczony i zmęczony, a do tego nie niósł dobrych wieści:jego pysk był pusty. Cicho przedzierał się przez las rozglądając uważnie. Może jeszcze uda mi się coś upolować - myślał gorączkowo.
Do jego nozdrzy doleciał słodkawy zapach. Wilk przycisnął się brzuchem do ziemi i zwolnił. Tropił. Zwierzyna była niedaleko, przeszedł przez małe wzniesienie i wcisnął między krzaki jeżyn. Jeszcze raz mocniej wciągnął powietrze. Jeleń - powiedział sam do siebie.
Wyr zdawał sobie sprawę, że musi odpuścić, z jeleniem nie miał szans, nie sam. Jednak przesunął się dalej. Tu nie chodziło o niego, chodziło o Syta: jego przyjaciela.
Syt również był wilkiem, znali się od szczeniaka, wychowali się w jednej watasze i razem zostali z niej wyrzuceni. Wyrzuceni, bo nie chcieli brać udziału w bezsensownej wojnie z ludźmi. Wyr miał tylko Syta, a Syt tylko Wyra.
Wyr był starszy i lepiej znał się na polowaniu, ale to nie z tego powodu był teraz sam. Syt podczas ostatniej wędrówki po lesie zranił łapę i musiał odpoczać, choć nie wiadomo gdzie był.
Wyr przygotował się do ataku, Jeleń znajdował się w odpowiedniej pozycji. Ruszył najpierw leniwie, na wpół czając się. Było to częścią planu, wiedział, że rogacz jest waleczny i nie będzie uciekał, a to da Wyrowi możliwość szybkiego zaatakowania go od boku i próby zepchnięcia do Martwego Jaru. Rzeczywiście jeleń przygotował się do obrony. Nastawił poroże i czekał. Czekał mocno zapierając się na nogach i przygotowując do szarży. Wyr delikatnie przyśpieszył przechylając się lekko na lewo. Jeleń ruszył. Był szybki, ale wilk sprytniejszy. Szybko przerzucił ciężar na prawe łapy, odbił się z nich i delikatnie obrócił. Miał przed sobą bok jelenia. Teraz albo nigdy - pomyślał Wyr i uderzył. Rogacz był w szoku. Nie przewidział tego co się stanie. Uderzony w bok przeleciał kawałek i zwalił się na bok. Wilk zaatakował kolejny raz, więc machnął porożem. Trafił, ale agresor nie ustepował. Jeleń szybko podniósł się i kolejny raz poczuł uderzenie dwóch ciężkich łap i zęby wgryzające się w skórę. Znów poleciał w bok, ale tym razem słabiej. Mocno przechylił się na bok, ale nie wywrócił. Dopiero teraz spostrzegł, że znajduje się na krawędzi Martwego Jaru. Było już za późno. Kolejne uderzenie popchnęło go w dół, na pewną śmierć. W ostatnim geście rozpaczy wywinął porożem. Miał szczęście, zahaczył agresora.
Wyr poczuł, że spada. Zobaczył czeluść Jaru i rogacza przepełnionego próżną satysfakcją. Nie wiedział co ma robić, wyciągnął łapy przed siebie i zamknął oczy.
Nie bez wysiłku podniósł powieki. Jednak żył. Obok niego leżał martwy rogacz. Wilk spróbował wstać. Udało się, ale ból przeszywający całe ciało odbierał zmysły. Jestem wilkiem.Muszę być twardy - upomniał się w duchu. Złapał swą zdobycz i powędrował w stronę pieczary.
Deszcz nasilił się. Coraz więcej kropel docierało do ziemi, trafiało w futro starego wilka i zmieszane z krwią opadało na ziemię. Drzewa kiwały się, niespokojnie trzeszcząc, a nieliczne zwierzęta leśne przyglądały się łowcy.
Wyr wreszcie, ostatkiem sił wdrapał się na półkę przed jaskinią. Jeleń był ciężki, a rany rozległe. Potrzebował jedzenia, odpoczynku i opieki.
Grota była pusta. Wyr zaciągnął rogacza głębiej i ponownie wyszedł przed jaskinie. To niemożliwe - pomyślał - Syt nie ruszył by się na krok. Usiadł i zawył, wzywając przyjaciela. Jednak ten nie nadszedł. Zawył więc ponownie. Nic.
Deszcz umilkł, a drzewa zamarły w zasłużonym śnie. Śnie, który przerywany był wyciem wilka.
Słowiki jak co rano rozpoczęły swą pieśń, drzewa obudzone ramieniem Zefira, kołysały się delikatnie. Las ożywał z minuty na minutę rozpoczynając swą pieśń. Pieśń, w której jużnigdy nie pojawiło się wycie Wyra.
Do jego nozdrzy doleciał słodkawy zapach. Wilk przycisnął się brzuchem do ziemi i zwolnił. Tropił. Zwierzyna była niedaleko, przeszedł przez małe wzniesienie i wcisnął między krzaki jeżyn. Jeszcze raz mocniej wciągnął powietrze. Jeleń - powiedział sam do siebie.
Wyr zdawał sobie sprawę, że musi odpuścić, z jeleniem nie miał szans, nie sam. Jednak przesunął się dalej. Tu nie chodziło o niego, chodziło o Syta: jego przyjaciela.
Syt również był wilkiem, znali się od szczeniaka, wychowali się w jednej watasze i razem zostali z niej wyrzuceni. Wyrzuceni, bo nie chcieli brać udziału w bezsensownej wojnie z ludźmi. Wyr miał tylko Syta, a Syt tylko Wyra.
Wyr był starszy i lepiej znał się na polowaniu, ale to nie z tego powodu był teraz sam. Syt podczas ostatniej wędrówki po lesie zranił łapę i musiał odpoczać, choć nie wiadomo gdzie był.
Wyr przygotował się do ataku, Jeleń znajdował się w odpowiedniej pozycji. Ruszył najpierw leniwie, na wpół czając się. Było to częścią planu, wiedział, że rogacz jest waleczny i nie będzie uciekał, a to da Wyrowi możliwość szybkiego zaatakowania go od boku i próby zepchnięcia do Martwego Jaru. Rzeczywiście jeleń przygotował się do obrony. Nastawił poroże i czekał. Czekał mocno zapierając się na nogach i przygotowując do szarży. Wyr delikatnie przyśpieszył przechylając się lekko na lewo. Jeleń ruszył. Był szybki, ale wilk sprytniejszy. Szybko przerzucił ciężar na prawe łapy, odbił się z nich i delikatnie obrócił. Miał przed sobą bok jelenia. Teraz albo nigdy - pomyślał Wyr i uderzył. Rogacz był w szoku. Nie przewidział tego co się stanie. Uderzony w bok przeleciał kawałek i zwalił się na bok. Wilk zaatakował kolejny raz, więc machnął porożem. Trafił, ale agresor nie ustepował. Jeleń szybko podniósł się i kolejny raz poczuł uderzenie dwóch ciężkich łap i zęby wgryzające się w skórę. Znów poleciał w bok, ale tym razem słabiej. Mocno przechylił się na bok, ale nie wywrócił. Dopiero teraz spostrzegł, że znajduje się na krawędzi Martwego Jaru. Było już za późno. Kolejne uderzenie popchnęło go w dół, na pewną śmierć. W ostatnim geście rozpaczy wywinął porożem. Miał szczęście, zahaczył agresora.
Wyr poczuł, że spada. Zobaczył czeluść Jaru i rogacza przepełnionego próżną satysfakcją. Nie wiedział co ma robić, wyciągnął łapy przed siebie i zamknął oczy.
Nie bez wysiłku podniósł powieki. Jednak żył. Obok niego leżał martwy rogacz. Wilk spróbował wstać. Udało się, ale ból przeszywający całe ciało odbierał zmysły. Jestem wilkiem.Muszę być twardy - upomniał się w duchu. Złapał swą zdobycz i powędrował w stronę pieczary.
Deszcz nasilił się. Coraz więcej kropel docierało do ziemi, trafiało w futro starego wilka i zmieszane z krwią opadało na ziemię. Drzewa kiwały się, niespokojnie trzeszcząc, a nieliczne zwierzęta leśne przyglądały się łowcy.
Wyr wreszcie, ostatkiem sił wdrapał się na półkę przed jaskinią. Jeleń był ciężki, a rany rozległe. Potrzebował jedzenia, odpoczynku i opieki.
Grota była pusta. Wyr zaciągnął rogacza głębiej i ponownie wyszedł przed jaskinie. To niemożliwe - pomyślał - Syt nie ruszył by się na krok. Usiadł i zawył, wzywając przyjaciela. Jednak ten nie nadszedł. Zawył więc ponownie. Nic.
Deszcz umilkł, a drzewa zamarły w zasłużonym śnie. Śnie, który przerywany był wyciem wilka.
Słowiki jak co rano rozpoczęły swą pieśń, drzewa obudzone ramieniem Zefira, kołysały się delikatnie. Las ożywał z minuty na minutę rozpoczynając swą pieśń. Pieśń, w której jużnigdy nie pojawiło się wycie Wyra.
czwartek, września 16, 2010
Jedenaste uderzenie
Czujecie się dobrze?
w amsterdamie 10gietów kosztuje 40zł.
I już się nie czujecie.
w amsterdamie 10gietów kosztuje 40zł.
I już się nie czujecie.
Dziesiąte uderzenie
Są rzeczy, które mnie irytują. Nie bulwersują, nie denerwują, nie sprawiają, że skacze mi ręka. Po prostu mnie irytują. Ostatnio z jedną z tych rzeczy spotykam się coraz częściej. O co cho? Już mówię.
Otóż ludzie tworzący dzisiejszą młodzież i nowo-dorosłych mają systemowo nałożone pewne przekonanie. To przekonanie każe im mówić o tym jak bardzo są sobą, jak bardzo są super i że najlepszą postawą jest bycie 'chamskim'. Dlaczego w cudzysłowie? Bo owe 'chamstwo' polega na rzucaniu komentarzy ala House.
Z jednej strony jest mi żal takich osób. W większość są to ludzie, którzy mają za niską samoocenę i poczucie własnej wartości, pozostali to banda jedynaków, których rodzice srają kasą, ale nie mają dla nich czasu i oni prezentują swoją zajebistość i wyładowują frustrację "jeżdżąc po ludziach".
Irytuje mnie to, że taka postawa jest popularna, jest społecznie akceptowalna i uważana za taką, która świadczy: "ta osoba jest bardzo fajna, totalnie nie mainstreamowa, jest szanowana, niezależna, ma własne zdanie i trzeba się z nią trzymać, bo jest cooooool i jeżeli chce się mieć przyjaciół albo dupę(obojętnie czy chodzi o faceta czy laskę) to trzeba tak robić."
No to się kurwa zdziwicie. Taka postawa pokazuje tylko jak bardzo jesteście biedni i słabi.
Chamstwo? Ja jestem chamem, a żeby być modnym napisze JC na 100%. Tyle, że moje chamstwo jest staromodne, by być fajnym i się podrasować napisze: moje chamstwo jest oldschoolowe.
A teraz taka mała odezwa do tych wszystkich Housochamusiów:
Traficie w końcu na kogoś ze starszej generacji, kto jest inteligentniejszy od was i wy będziecie dla niego chamscy, a on wypunktuje was w miejscach, które najbardziej bolą, pokaże Wam prawdę i będziecie tacy (o tacy->|) kurwa mali.
Więc uspokójcie siei zróbcie coś z sobą.
Otóż ludzie tworzący dzisiejszą młodzież i nowo-dorosłych mają systemowo nałożone pewne przekonanie. To przekonanie każe im mówić o tym jak bardzo są sobą, jak bardzo są super i że najlepszą postawą jest bycie 'chamskim'. Dlaczego w cudzysłowie? Bo owe 'chamstwo' polega na rzucaniu komentarzy ala House.
Z jednej strony jest mi żal takich osób. W większość są to ludzie, którzy mają za niską samoocenę i poczucie własnej wartości, pozostali to banda jedynaków, których rodzice srają kasą, ale nie mają dla nich czasu i oni prezentują swoją zajebistość i wyładowują frustrację "jeżdżąc po ludziach".
Irytuje mnie to, że taka postawa jest popularna, jest społecznie akceptowalna i uważana za taką, która świadczy: "ta osoba jest bardzo fajna, totalnie nie mainstreamowa, jest szanowana, niezależna, ma własne zdanie i trzeba się z nią trzymać, bo jest cooooool i jeżeli chce się mieć przyjaciół albo dupę(obojętnie czy chodzi o faceta czy laskę) to trzeba tak robić."
No to się kurwa zdziwicie. Taka postawa pokazuje tylko jak bardzo jesteście biedni i słabi.
Chamstwo? Ja jestem chamem, a żeby być modnym napisze JC na 100%. Tyle, że moje chamstwo jest staromodne, by być fajnym i się podrasować napisze: moje chamstwo jest oldschoolowe.
A teraz taka mała odezwa do tych wszystkich Housochamusiów:
Traficie w końcu na kogoś ze starszej generacji, kto jest inteligentniejszy od was i wy będziecie dla niego chamscy, a on wypunktuje was w miejscach, które najbardziej bolą, pokaże Wam prawdę i będziecie tacy (o tacy->|) kurwa mali.
Więc uspokójcie siei zróbcie coś z sobą.
sobota, sierpnia 28, 2010
Dziewiąte uderzenie
Nie.
Tak.
Nie.
Tak.
Ile razy nadarza się ten problem? Ile razy rozważasz dwie możliwości, z których obie są dobre, ale jedna tak jakby jest zła, bo zawsze jedna musi być zła prawda?
Zawsze mam wybór dobro albo zło. Jeden wybór popchnie mnie prosto do piekła, a drugi przybliży do nieba. A ja tak sobie myślę: jebać to! Wybieram to co mi pasuje. Wiadomo, pod małymi warunkami typu: żaden królik przy tym nie ucierpi i nikt nie będzie pomalowany różowym lakierem, a tak to biorę to co jest milsze. W dupie mam jakieś wartościowanie dobro/ zło. Albo mnie coś mizia pod paszką albo nie.
Tak.
Nie.
Tak.
Ile razy nadarza się ten problem? Ile razy rozważasz dwie możliwości, z których obie są dobre, ale jedna tak jakby jest zła, bo zawsze jedna musi być zła prawda?
Zawsze mam wybór dobro albo zło. Jeden wybór popchnie mnie prosto do piekła, a drugi przybliży do nieba. A ja tak sobie myślę: jebać to! Wybieram to co mi pasuje. Wiadomo, pod małymi warunkami typu: żaden królik przy tym nie ucierpi i nikt nie będzie pomalowany różowym lakierem, a tak to biorę to co jest milsze. W dupie mam jakieś wartościowanie dobro/ zło. Albo mnie coś mizia pod paszką albo nie.
poniedziałek, sierpnia 23, 2010
Ósme uderzenie
Cel.
Co to jest cel? Zazwyczaj jest to coś w co zamierzasz trafić. Jakiś borsuk, renifer kurwa wiewiórka, cokolwiek. Zamierzasz to trafić, zestrzelić, wbić w to dzidę etc.
Dlaczego?
Bo chcesz to zdobyć.
Dlaczego?
Bo jest Ci to potrzebne.
Proste prawda? Nawet nie potrzeba wyższej matematyki czy prawa zachowania energii. Cel może być taki staroświeckojaskiniowy jak przedstawiłem powyżej: pogoń za jedzeniem. Jednak w naszym życiu nie mamy już takich problemów, ale cele pozostają.
Celem może być cokolwiek: lepsza ocena, nowa bluza, nawalenie się jak szpadel, wiewiórka. Problem jest w tym, że nie potrafimy osiągać celów. Bierzemy coś na cel i strzelamy. Walimy do żubra kaczym śrutem. Dlaczego? Bo nie umiemy powiedzieć co tak naprawdę jest naszym celem i nie rozumiemy, że trzeba do tego celu dążyć.
Jeżeli chcesz mieć nowy telefon to często nie jest to spowodowane tym, że stary już się zepsuł i nie działa tylko tym, że chcesz się polansować albo myślisz, że przybliży Cię to do znalezienia się w jakiejś grupie ludzi albo poderwania kogoś tam. Twoim celem nie jest nowy telefon tylko to dlaczego chcesz go mieć.
Widzisz tę zależność? To dlatego kiedy wreszcie udało Ci się zdobyć tego mega lanserskiego iPhona na tęgim wypasie przez kilka dni ludzie Cię chwalili, a potem zlali jak pies hydrant, a tobie pozostało tylko rozczarowanie i niezrozumienie.
Wystarczyło obrać prawdziwy cel.
Jednak samo znalezienie nie wystarczy. To jest jak z polowaniem. Załóżmy, że chcesz ustrzelić jelenia, więc co robisz? Bierzesz strzelbę, wchodzisz do lasu, strzelasz, jeleń pada.
Nie?
No dobra. Bierzesz strzelbę, wchodzisz do lasu, dostrzegasz jelenia, strzelasz, jeleń pada.
Niezupełnie?
Ok. Bierzesz strzelbę, wchodzisz do lasu, dostrzegasz jelenia, zaczynasz go tropić, podchodzisz najbliżej jak się da, zajmujesz pozycję do czystego strzału, strzelasz, jeleń pada.
To dlaczego do kurwy nędzy nie robisz tak w życiu? Jak już sobie określisz cel to zachowujesz się jakbyś stał dwa metry od tarczy i walisz do niej z glocka. Twój cel jest ruchomym gównem, ale jeżeli wiesz, ze możesz go mieć i wierz, że będziesz go mieć i wiesz, że musisz do niego dotrzeć. To go osiągniesz.
K.I.S.S.
keep it simple stupid
Co to jest cel? Zazwyczaj jest to coś w co zamierzasz trafić. Jakiś borsuk, renifer kurwa wiewiórka, cokolwiek. Zamierzasz to trafić, zestrzelić, wbić w to dzidę etc.
Dlaczego?
Bo chcesz to zdobyć.
Dlaczego?
Bo jest Ci to potrzebne.
Proste prawda? Nawet nie potrzeba wyższej matematyki czy prawa zachowania energii. Cel może być taki staroświeckojaskiniowy jak przedstawiłem powyżej: pogoń za jedzeniem. Jednak w naszym życiu nie mamy już takich problemów, ale cele pozostają.
Celem może być cokolwiek: lepsza ocena, nowa bluza, nawalenie się jak szpadel, wiewiórka. Problem jest w tym, że nie potrafimy osiągać celów. Bierzemy coś na cel i strzelamy. Walimy do żubra kaczym śrutem. Dlaczego? Bo nie umiemy powiedzieć co tak naprawdę jest naszym celem i nie rozumiemy, że trzeba do tego celu dążyć.
Jeżeli chcesz mieć nowy telefon to często nie jest to spowodowane tym, że stary już się zepsuł i nie działa tylko tym, że chcesz się polansować albo myślisz, że przybliży Cię to do znalezienia się w jakiejś grupie ludzi albo poderwania kogoś tam. Twoim celem nie jest nowy telefon tylko to dlaczego chcesz go mieć.
Widzisz tę zależność? To dlatego kiedy wreszcie udało Ci się zdobyć tego mega lanserskiego iPhona na tęgim wypasie przez kilka dni ludzie Cię chwalili, a potem zlali jak pies hydrant, a tobie pozostało tylko rozczarowanie i niezrozumienie.
Wystarczyło obrać prawdziwy cel.
Jednak samo znalezienie nie wystarczy. To jest jak z polowaniem. Załóżmy, że chcesz ustrzelić jelenia, więc co robisz? Bierzesz strzelbę, wchodzisz do lasu, strzelasz, jeleń pada.
Nie?
No dobra. Bierzesz strzelbę, wchodzisz do lasu, dostrzegasz jelenia, strzelasz, jeleń pada.
Niezupełnie?
Ok. Bierzesz strzelbę, wchodzisz do lasu, dostrzegasz jelenia, zaczynasz go tropić, podchodzisz najbliżej jak się da, zajmujesz pozycję do czystego strzału, strzelasz, jeleń pada.
To dlaczego do kurwy nędzy nie robisz tak w życiu? Jak już sobie określisz cel to zachowujesz się jakbyś stał dwa metry od tarczy i walisz do niej z glocka. Twój cel jest ruchomym gównem, ale jeżeli wiesz, ze możesz go mieć i wierz, że będziesz go mieć i wiesz, że musisz do niego dotrzeć. To go osiągniesz.
K.I.S.S.
keep it simple stupid
sobota, lipca 03, 2010
Siódme uderzenie
Jak często coś się psuje? Jak często coś psuje się u Ciebie, w Tobie, wokół Ciebie?
Trudne pytanie nieprawdaż? Czasem masz wrażenie, że wszystko spada na pysk? Że jedno pociąga za sobą kolejne? Nieszczęścia nie chodzą już parami, a całymi watahami?
Problemy atakują Cię co chwila? Robisz coś, a skutki nie są takie, jakie miały być? Starasz się, ale nie wychodzi? Jesteś niedoceniony?
A ile z tych problemów, to prawdziwe problemy, a nie imaginacje, wytwory Twojej wyobraźni?
Jeżeli coś się posypie, to zawsze znajdzie się ktoś kto Ci o tym przypomni, wytknie swój brudny palec i zacznie Cię rugać, mieszać z błotem, wykazywać Twoją nieudolność i niekompetencję.
Nie.
Zawsze pojawia się ktoś, kto mówi Ci gdzie popełniłeś błąd i co powinieneś zmienić. Ta osoba Cię nie atakuje, to nie kolejny problem, to tylko efekt Galatei. Jeżeli jedno zdarzenie ma znak ujemny, to następnemu też przypiszesz ujemny niezastanawiając się nad tym. Śmieszne prawda?
Czasem trzeba tylko spojrzeć na coś zza własnych pleców. Masz problem, który musisz rozwiązać i tylko na tym należy się skupić, a na resztę mieć sężyście wyjebane. Na refleksje i zastanawianie się co było nie tak, gdzie był błąd, przyjdzie jeszcze czas.
Wiesz co jest najważniejsze w rozwiązywaniu problemów? To, że musisz rozwiązać je sam i dla siebie. Inaczej nie ma to sensu. To tak jakbyś poszedł z kumplem na 0.7 by nawalić się jak szpadel i wypijał połowę kieliszka, resztę oddając kumplowi. Flaszka w końcu się skończy, wypijesz tyle samo kolejek, ale wcięty to Ty nie będziesz.
Jeżeli nie zrobisz czegoś sam i nie zrobisz tego dla siebie - nic Ci to nie da.
Gdy pojawia się problem to jest to jeden problem otoczony czymś co chciałoby problemem być, ale brakuje mu jaj, oraz trudnościami. Tyle.
Trudne pytanie nieprawdaż? Czasem masz wrażenie, że wszystko spada na pysk? Że jedno pociąga za sobą kolejne? Nieszczęścia nie chodzą już parami, a całymi watahami?
Problemy atakują Cię co chwila? Robisz coś, a skutki nie są takie, jakie miały być? Starasz się, ale nie wychodzi? Jesteś niedoceniony?
A ile z tych problemów, to prawdziwe problemy, a nie imaginacje, wytwory Twojej wyobraźni?
Jeżeli coś się posypie, to zawsze znajdzie się ktoś kto Ci o tym przypomni, wytknie swój brudny palec i zacznie Cię rugać, mieszać z błotem, wykazywać Twoją nieudolność i niekompetencję.
Nie.
Zawsze pojawia się ktoś, kto mówi Ci gdzie popełniłeś błąd i co powinieneś zmienić. Ta osoba Cię nie atakuje, to nie kolejny problem, to tylko efekt Galatei. Jeżeli jedno zdarzenie ma znak ujemny, to następnemu też przypiszesz ujemny niezastanawiając się nad tym. Śmieszne prawda?
Czasem trzeba tylko spojrzeć na coś zza własnych pleców. Masz problem, który musisz rozwiązać i tylko na tym należy się skupić, a na resztę mieć sężyście wyjebane. Na refleksje i zastanawianie się co było nie tak, gdzie był błąd, przyjdzie jeszcze czas.
Wiesz co jest najważniejsze w rozwiązywaniu problemów? To, że musisz rozwiązać je sam i dla siebie. Inaczej nie ma to sensu. To tak jakbyś poszedł z kumplem na 0.7 by nawalić się jak szpadel i wypijał połowę kieliszka, resztę oddając kumplowi. Flaszka w końcu się skończy, wypijesz tyle samo kolejek, ale wcięty to Ty nie będziesz.
Jeżeli nie zrobisz czegoś sam i nie zrobisz tego dla siebie - nic Ci to nie da.
Gdy pojawia się problem to jest to jeden problem otoczony czymś co chciałoby problemem być, ale brakuje mu jaj, oraz trudnościami. Tyle.
piątek, lipca 02, 2010
Szóste uderzenie
Zastanawiałeś się kiedyś co to jest piękno? Czym tak właściwie jest? Używasz go tak często, a nigdy się nad tym nie zastanawiałeś. Trochę żałosne....
Od początku. Czy zauważyłeś, że wszystko może być piękne? Osobowość, ciało, przedmiot, dosłownie wszystko. Ponieważ jesteś bystry zauważyłeś, że wszystko MOŻE być piękne. Ale co to jest? Nie, nie pytam co znaczy, pytam czym jest piękno? Piękno nie jest zbiorem cech, wyobrażeń, nie jest kwestią wierzenia. Nie możemy zmienić swojej definicji piękna, bo nie potrafimy go określić.
Z drugiej strony na drodze empirycznych wojaży, nasza wizja piękna może się nieco zmienić. Teoretycznie. Klasycznym przykładem jest ten, w którym jesteś zwykłym człowiekiem i nagle trafiasz do świata modelek: same piękne kobiety, na początku głupiejesz, a z czasem w ogóle ich nie zauważasz.
Ale Ty nie zmieniłeś swojego odczuwania piękna, po prostu przerzuciłeś się na inną dziedzinę, np. zaczynasz zwracać uwagę na wnętrze. Przy okazji nie zmienia to faktu, że dalej możesz się zachwycić czyjąś urodą.
Więc co to jest piękno?
To chwila przemoczona emocją.
Dziwne prawda? Jakoś ciężko w to uwierzyć, ale tak jest. Piękna doświadczasz przez chwilę i odczuwasz wtedy najczystszą przyjemność. Nie fizyczną, a psychiczną. Wewnętrzną.
Zastanów się przez chwilę... Piękno to przymiotnik? To określenie? Epitet? Dla mnie to metafora, metafora odsyłająca do zbioru uczuć, pewien znak.
Po prostu chwila przemoczona emocją.
Od początku. Czy zauważyłeś, że wszystko może być piękne? Osobowość, ciało, przedmiot, dosłownie wszystko. Ponieważ jesteś bystry zauważyłeś, że wszystko MOŻE być piękne. Ale co to jest? Nie, nie pytam co znaczy, pytam czym jest piękno? Piękno nie jest zbiorem cech, wyobrażeń, nie jest kwestią wierzenia. Nie możemy zmienić swojej definicji piękna, bo nie potrafimy go określić.
Z drugiej strony na drodze empirycznych wojaży, nasza wizja piękna może się nieco zmienić. Teoretycznie. Klasycznym przykładem jest ten, w którym jesteś zwykłym człowiekiem i nagle trafiasz do świata modelek: same piękne kobiety, na początku głupiejesz, a z czasem w ogóle ich nie zauważasz.
Ale Ty nie zmieniłeś swojego odczuwania piękna, po prostu przerzuciłeś się na inną dziedzinę, np. zaczynasz zwracać uwagę na wnętrze. Przy okazji nie zmienia to faktu, że dalej możesz się zachwycić czyjąś urodą.
Więc co to jest piękno?
To chwila przemoczona emocją.
Dziwne prawda? Jakoś ciężko w to uwierzyć, ale tak jest. Piękna doświadczasz przez chwilę i odczuwasz wtedy najczystszą przyjemność. Nie fizyczną, a psychiczną. Wewnętrzną.
Zastanów się przez chwilę... Piękno to przymiotnik? To określenie? Epitet? Dla mnie to metafora, metafora odsyłająca do zbioru uczuć, pewien znak.
Po prostu chwila przemoczona emocją.
poniedziałek, czerwca 28, 2010
Piąte uderzenie
Trudno uwierzyć w to jak ludzie potrafią się zmienić. Nie na przestrzeni lat, miesięcy czy tygodni. W ciągu zaledwie kilku godzin, jednego dnia. Tak zwana równowaga ducha, którą ponoć ciężko uzyskać, jest bardzo chwiejnym gównem.
Na dobrą sprawę wystarczy Ci jedno zdarzenie, ba!, uświadomienie sobie jednej rzeczy, by stosunek do wszystkiego uległ zmianie. Trochę to głupie. Nagle do umysłu przychodzi sobie mały zakapturzony ludek i szepcze coś do Rozumu.
Nie jesteś przygotowany na egzamin.
Nic nie robisz.
Znowu siedzisz przed kompem.
Miałeś nie palić.
etc.
Jedno zdanie. Czynności i zdarzenia, które trwają już jakąś chwilę, nie wiadomo skąd, ale za to z ogromną siłą wdzierają się w świadomość skumulowane w jednym wypowiedzeniu.
Ścieżka zatracenia została otwarta. Twoje samopoczucie i humor podupadają w przeciągu kilku sekund. Świat zaczyna tracić barwy, a percepcja ogniskuje się na własnej nie udolności i nienawiści płynącej wprost ze świata do Ciebie.
W jednej chwili stajesz się sfrustrowanym nieudacznikiem, który całkowicie nie wierzy w siebie i wszystko go wkurwia.
Powstaje tylko jedno zasadnicze pytanie:
Po co?
No właśnie. Po co? Co to niby da? Nie jest Ci przez to dobrze, a nawet jest Ci cholernie źle, wszystko Cię wkurcza, zrażasz do siebie ludzi i z minuty na minutę zawalasz coraz to większą ilość spraw: dołując się jeszcze bardziej.
Bynajmniej nie dostrzegam w tym żadnych pozytywów, a TY?
Łatwo się mówi jak się tak nie ma i gdy się tego nie przeżywa! Nie nie mówi się łatwo, bo najpierw trzeba na to wpaść.
Sprzedam Ci coś. Sprzedam Ci informację wartą 1 000 000 000 000 000 funtów brytyjskich. Sprzedam Ci ją za darmo.
Uwaga uwaga:
To tylko Ty i Twoje paranoje.
Szok? Co to za głupota?
To prawda.
Niestety Nasz świat nie jest zbudowany do końca tak jak Ci się wydaje, nie tak jak zostało Ci powiedziane. Świat to Chaos. Jeden wielki burdel i to burdel na małych czerwonych kółkach.
To co widzisz dookoła siebie to tylko Twoja wiara, przekonanie, że to naprawdę tak wygląda. Widzisz rzeczy takimi jakimi je wykreowałeś, jakimi chcesz je widzieć.
Co nie wierzysz?
Weźmy miasto Łódź. Nie chcę nikogo obrażać, ale to miasto jest brzydkie. Typowy krajobraz postprzemysłowy (postindustrialny brzmi z dupy choć jest w słowniku). Brudne, stare, opuszczone fabryki. Syf. Mój kumpel kocha to miasto. Zrobił wszystko żeby tam jechać, a wiesz czemu? Bo kręci go postindustrial (jakoś tak się to nazywało). Uwielbia biegać po opuszczonych budynkach przemysłowych i robić zdjęcia. On widzi to miasto pięknym. Dlaczego? Bo naprawdę w to wierzy i to widzi.
Ja jako traceur mogę powiedzieć, że patrząc na miasto widzę tylko barierki, ściany, murki. Bo ja tak widzę świat!
Nie słyszałeś nigdy zdania: Popatrz na świat oczami X? Bo ja słyszałem i jest ono prawdziwe.
Wszystko zależy od Ciebie, od tego w co wierzysz, co poukładasz sobie w głowie. Jeżeli uważasz, że fakt nieprzygotowania powoduje to, że masz stany depresyjne to tak jest i będzie, ale jeżeli przerobisz tona mobilizację do nauki?
Świat jest takim jakim go widzisz i jakim chcesz by był. To samo tyczy się Ciebie. Jeśli chcesz coś zrobić albo chcesz coś w sobie zmienić to w to uwierz, a z pomocą chęci wyjdzie tak jak tego chciałeś.
Na dobrą sprawę wystarczy Ci jedno zdarzenie, ba!, uświadomienie sobie jednej rzeczy, by stosunek do wszystkiego uległ zmianie. Trochę to głupie. Nagle do umysłu przychodzi sobie mały zakapturzony ludek i szepcze coś do Rozumu.
Nie jesteś przygotowany na egzamin.
Nic nie robisz.
Znowu siedzisz przed kompem.
Miałeś nie palić.
etc.
Jedno zdanie. Czynności i zdarzenia, które trwają już jakąś chwilę, nie wiadomo skąd, ale za to z ogromną siłą wdzierają się w świadomość skumulowane w jednym wypowiedzeniu.
Ścieżka zatracenia została otwarta. Twoje samopoczucie i humor podupadają w przeciągu kilku sekund. Świat zaczyna tracić barwy, a percepcja ogniskuje się na własnej nie udolności i nienawiści płynącej wprost ze świata do Ciebie.
W jednej chwili stajesz się sfrustrowanym nieudacznikiem, który całkowicie nie wierzy w siebie i wszystko go wkurwia.
Powstaje tylko jedno zasadnicze pytanie:
Po co?
No właśnie. Po co? Co to niby da? Nie jest Ci przez to dobrze, a nawet jest Ci cholernie źle, wszystko Cię wkurcza, zrażasz do siebie ludzi i z minuty na minutę zawalasz coraz to większą ilość spraw: dołując się jeszcze bardziej.
Bynajmniej nie dostrzegam w tym żadnych pozytywów, a TY?
Łatwo się mówi jak się tak nie ma i gdy się tego nie przeżywa! Nie nie mówi się łatwo, bo najpierw trzeba na to wpaść.
Sprzedam Ci coś. Sprzedam Ci informację wartą 1 000 000 000 000 000 funtów brytyjskich. Sprzedam Ci ją za darmo.
Uwaga uwaga:
To tylko Ty i Twoje paranoje.
Szok? Co to za głupota?
To prawda.
Niestety Nasz świat nie jest zbudowany do końca tak jak Ci się wydaje, nie tak jak zostało Ci powiedziane. Świat to Chaos. Jeden wielki burdel i to burdel na małych czerwonych kółkach.
To co widzisz dookoła siebie to tylko Twoja wiara, przekonanie, że to naprawdę tak wygląda. Widzisz rzeczy takimi jakimi je wykreowałeś, jakimi chcesz je widzieć.
Co nie wierzysz?
Weźmy miasto Łódź. Nie chcę nikogo obrażać, ale to miasto jest brzydkie. Typowy krajobraz postprzemysłowy (postindustrialny brzmi z dupy choć jest w słowniku). Brudne, stare, opuszczone fabryki. Syf. Mój kumpel kocha to miasto. Zrobił wszystko żeby tam jechać, a wiesz czemu? Bo kręci go postindustrial (jakoś tak się to nazywało). Uwielbia biegać po opuszczonych budynkach przemysłowych i robić zdjęcia. On widzi to miasto pięknym. Dlaczego? Bo naprawdę w to wierzy i to widzi.
Ja jako traceur mogę powiedzieć, że patrząc na miasto widzę tylko barierki, ściany, murki. Bo ja tak widzę świat!
Nie słyszałeś nigdy zdania: Popatrz na świat oczami X? Bo ja słyszałem i jest ono prawdziwe.
Wszystko zależy od Ciebie, od tego w co wierzysz, co poukładasz sobie w głowie. Jeżeli uważasz, że fakt nieprzygotowania powoduje to, że masz stany depresyjne to tak jest i będzie, ale jeżeli przerobisz tona mobilizację do nauki?
Świat jest takim jakim go widzisz i jakim chcesz by był. To samo tyczy się Ciebie. Jeśli chcesz coś zrobić albo chcesz coś w sobie zmienić to w to uwierz, a z pomocą chęci wyjdzie tak jak tego chciałeś.
niedziela, czerwca 27, 2010
Czwarte uderzenie
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się co znaczą zdania, które wypowiadasz? Czy myślałeś kiedyś o tym, że wszystko co mówisz przekazuje dwie wartości? Nie chodzi mi tu o podtekst, bo podtekst to taka czynność, w której specjalnie i subtelnie, niczym gruba berta, przekazujesz pewne informacje.
No więc co z tym dualizmem? O czym ja w ogóle gadam?
Mówię o czymś takim jak informacja stematyzowana i implikowana.
Tak. Brzmi dziwnie. Tak. Niby po co mi to? Daj mi chwilę to Ci wyjaśnię.
Mógłbym posłużyć się suchymi definicjami z uczonych tekstów czy przytoczyć ciocię Wiki, ale pokazanie tego na przykładzie, będzie bardziej przyswajalne.
Weźmy zdanie:
Chodźmy na piwo.
Informacją stematyzowaną, jest to co dane słowa znaczą jako takie i co znaczą w obrębie tworu jakim jest wypowiedzenie - czynność dwóch lub więcej osób wyrażająca przemieszczenie się gdzieś w celu konsumpcji napoju alkoholowego pozyskanego z chmielu. W skrócie: CHODŹMY NA PIWO.
To było proste. Teraz następuje zagadnienie informacji implikowanej, tak zwanej domyślnej.
Taka implikacja w zdaniu Chodźmy na piwo to: chodźmy pogadać i przy okazji napić się piwa.
Też mi odkrycie, przecież każdy kretyn to wie! Tak jasne.To był prosty przykład, który miał pokazać zjawisko.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, bo jeżeli powiemy:
Chodźmy pogadać przy piwie.
To informacją implikowaną nie będzie chodźmy na piwo. Raczej: stało się coś o czym chciałbym porozmawiać, ale nie jest to łatwe i potrzebuje spokoju i alkoholu.
Subtelną różnicą tego nie nazwę.
Pierwsze pytanie jakie zaświtało pod Twą czaszką to: A po jaką mi to cholerę?
Wiesz po co? Po to, żebyś rozumiał co mówisz i nie dziwił się, że coś poszło nie tak jak myślisz. Co nie możesz znaleźć przykładu? Czy miałeś kiedyś przypadek, drogi mężczyzno, że spodobała Ci się jakaś dziewczyna, chciałeś ją lepiej poznać, umówić się z nią, a ona powiedziała nie albo całe spotkanie przebiegało na stopie koleżeńskiej, a bynajmniej nie o to Ci chodziło.
Przyznaj się, że miałeś taką niewątpliwą przyjemność. Nie musisz tego mówić głośno, ale nie oszukuj się.
Powiedzieć Ci dlaczego tak się stało? Dlatego, że zaproponowałeś coś, czego nie powinieneś był zrobić. Prawie na pewno powiedziałeś coś w stylu:
Może spotkamy się w piątek wieczorem i pójdziemy na spacer albo kawę?
Ty naprawdę tego chciałeś. Naprawdę chciałeś spotkać się z nią, przejść, wypić kawę, zjeść lody, pogadać i takie tam. Wiem, że tego chciałeś. Problem w tym, że w większości przypadków nie wiesz co powiedziałeś. Informacja implikowana tego zdania wygląda mniej więcej tak:
Podobasz mi się i chciałbym żebyśmy spędzili trochę czasu we dwoje, bo coś do Ciebie czuje.
Zdziwiony?(wiem,że niektórzy nie są zdziwieni i wiedzą co powiedzieli, ale to jest mała ilość procentowa w odniesieniu do całości. Tak przy okazji to jeżeli czujesz się takim kimś i po przekopaniu całego swego "życia towarzyskiego" nie znajdujesz czegoś takiego to znaczy, że albo trafiłeś za pierwszym uderzeniem albo nie próbowałeś albo się oszukujesz)
Ona tak to odebrała. Prawda miłe Panie? Chłopcy nie wierzycie w to? Zapytajcie jakiejś swojej dobrej koleżanki albo dziewczyny jeżeli taką posiadacie.
Dobra, dobra a co dalej? Myślicie,ze później to się nie przydaje, później to nie działa? Muszę Was zmartwić to działa cały czas. Najgorsze jest jednak to, że mężczyźni i kobiety myślą trochę inaczej. I dlatego zawsze, gdy coś mówimy, musimy się zastanowić jaka jest informacja implikowana, co ta druga strona z tego zrozumie. Na dokładkę dodam, że jednemu zdaniu nie odpowiada jedno zdanie informacji implikowanej - niestety może być ona bardzo szeroka.
Załóżmy, że naszło Cię na seks (mógłbym użyć eufemizmów: baraszkowanie, spółkowanie, zbliżenie:po co owijać w bawełnę?) i nagle słyszysz od swoje kobiety:
Boli mnie głowa.
Informacja stematyzowana jest taka, że boli ją głowa, ale implikowana którą odbierasz to: nie mam ochoty.
Prawdziwe i ogólnie znane prawda?
Zaskoczę Cię. Twoja luba może mieć inne powody.
Po pierwsze naprawdę może boleć ją głowa.
Po drugie może nie mieć ochoty, tak jak to ustaliłeś Sherlocku.
Po trzecie coś się może dziać.
Jest trochę opcji. Ile z nich sprawdzasz?
No właśnie.
Najmilsze zdanie zostawiłem na koniec, tak kandyzowana wisienka na cannoli. Tak:
Zostańmy przyjaciółmi.
Informacja stematyzowana jest prosta, ale implikowana to już majstersztyk. My faceci odbieramy to prosto - kosz, out, wypad, nara, chyba ty... Zostaliśmy po prostu odrzuceni. Niby możemy być bardzo blisko, ale nie na tle na ile byśmy chcieli.
Natomiast z drugiej strony sytuacja wygląda trochę inaczej. Z jednej strony jest to humanitarne(po chuju) danie kosza, z drugiej jest to po prostu chęć przyjaźni. Nic nie czuje, dobrze się rozmawia, nie chce się wiązać, ale chcę by ten ktoś był blisko, bo kiedyś....bo może....
Mało Was na to wpadło co? Też przez jakiś tam kawałek czasu tego nie zauważałem i nie wiedziałem dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Teraz już wiem.
To co myślę często implikuje się w tym co mówię, więc muszę dobrze zastanowić się o co mi tak naprawdę chodzi i wyrazić to. No i muszę brać pod uwagę to, że kobiety myślą inaczej.
No więc co z tym dualizmem? O czym ja w ogóle gadam?
Mówię o czymś takim jak informacja stematyzowana i implikowana.
Tak. Brzmi dziwnie. Tak. Niby po co mi to? Daj mi chwilę to Ci wyjaśnię.
Mógłbym posłużyć się suchymi definicjami z uczonych tekstów czy przytoczyć ciocię Wiki, ale pokazanie tego na przykładzie, będzie bardziej przyswajalne.
Weźmy zdanie:
Chodźmy na piwo.
Informacją stematyzowaną, jest to co dane słowa znaczą jako takie i co znaczą w obrębie tworu jakim jest wypowiedzenie - czynność dwóch lub więcej osób wyrażająca przemieszczenie się gdzieś w celu konsumpcji napoju alkoholowego pozyskanego z chmielu. W skrócie: CHODŹMY NA PIWO.
To było proste. Teraz następuje zagadnienie informacji implikowanej, tak zwanej domyślnej.
Taka implikacja w zdaniu Chodźmy na piwo to: chodźmy pogadać i przy okazji napić się piwa.
Też mi odkrycie, przecież każdy kretyn to wie! Tak jasne.To był prosty przykład, który miał pokazać zjawisko.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, bo jeżeli powiemy:
Chodźmy pogadać przy piwie.
To informacją implikowaną nie będzie chodźmy na piwo. Raczej: stało się coś o czym chciałbym porozmawiać, ale nie jest to łatwe i potrzebuje spokoju i alkoholu.
Subtelną różnicą tego nie nazwę.
Pierwsze pytanie jakie zaświtało pod Twą czaszką to: A po jaką mi to cholerę?
Wiesz po co? Po to, żebyś rozumiał co mówisz i nie dziwił się, że coś poszło nie tak jak myślisz. Co nie możesz znaleźć przykładu? Czy miałeś kiedyś przypadek, drogi mężczyzno, że spodobała Ci się jakaś dziewczyna, chciałeś ją lepiej poznać, umówić się z nią, a ona powiedziała nie albo całe spotkanie przebiegało na stopie koleżeńskiej, a bynajmniej nie o to Ci chodziło.
Przyznaj się, że miałeś taką niewątpliwą przyjemność. Nie musisz tego mówić głośno, ale nie oszukuj się.
Powiedzieć Ci dlaczego tak się stało? Dlatego, że zaproponowałeś coś, czego nie powinieneś był zrobić. Prawie na pewno powiedziałeś coś w stylu:
Może spotkamy się w piątek wieczorem i pójdziemy na spacer albo kawę?
Ty naprawdę tego chciałeś. Naprawdę chciałeś spotkać się z nią, przejść, wypić kawę, zjeść lody, pogadać i takie tam. Wiem, że tego chciałeś. Problem w tym, że w większości przypadków nie wiesz co powiedziałeś. Informacja implikowana tego zdania wygląda mniej więcej tak:
Podobasz mi się i chciałbym żebyśmy spędzili trochę czasu we dwoje, bo coś do Ciebie czuje.
Zdziwiony?(wiem,że niektórzy nie są zdziwieni i wiedzą co powiedzieli, ale to jest mała ilość procentowa w odniesieniu do całości. Tak przy okazji to jeżeli czujesz się takim kimś i po przekopaniu całego swego "życia towarzyskiego" nie znajdujesz czegoś takiego to znaczy, że albo trafiłeś za pierwszym uderzeniem albo nie próbowałeś albo się oszukujesz)
Ona tak to odebrała. Prawda miłe Panie? Chłopcy nie wierzycie w to? Zapytajcie jakiejś swojej dobrej koleżanki albo dziewczyny jeżeli taką posiadacie.
Dobra, dobra a co dalej? Myślicie,ze później to się nie przydaje, później to nie działa? Muszę Was zmartwić to działa cały czas. Najgorsze jest jednak to, że mężczyźni i kobiety myślą trochę inaczej. I dlatego zawsze, gdy coś mówimy, musimy się zastanowić jaka jest informacja implikowana, co ta druga strona z tego zrozumie. Na dokładkę dodam, że jednemu zdaniu nie odpowiada jedno zdanie informacji implikowanej - niestety może być ona bardzo szeroka.
Załóżmy, że naszło Cię na seks (mógłbym użyć eufemizmów: baraszkowanie, spółkowanie, zbliżenie:po co owijać w bawełnę?) i nagle słyszysz od swoje kobiety:
Boli mnie głowa.
Informacja stematyzowana jest taka, że boli ją głowa, ale implikowana którą odbierasz to: nie mam ochoty.
Prawdziwe i ogólnie znane prawda?
Zaskoczę Cię. Twoja luba może mieć inne powody.
Po pierwsze naprawdę może boleć ją głowa.
Po drugie może nie mieć ochoty, tak jak to ustaliłeś Sherlocku.
Po trzecie coś się może dziać.
Jest trochę opcji. Ile z nich sprawdzasz?
No właśnie.
Najmilsze zdanie zostawiłem na koniec, tak kandyzowana wisienka na cannoli. Tak:
Zostańmy przyjaciółmi.
Informacja stematyzowana jest prosta, ale implikowana to już majstersztyk. My faceci odbieramy to prosto - kosz, out, wypad, nara, chyba ty... Zostaliśmy po prostu odrzuceni. Niby możemy być bardzo blisko, ale nie na tle na ile byśmy chcieli.
Natomiast z drugiej strony sytuacja wygląda trochę inaczej. Z jednej strony jest to humanitarne(po chuju) danie kosza, z drugiej jest to po prostu chęć przyjaźni. Nic nie czuje, dobrze się rozmawia, nie chce się wiązać, ale chcę by ten ktoś był blisko, bo kiedyś....bo może....
Mało Was na to wpadło co? Też przez jakiś tam kawałek czasu tego nie zauważałem i nie wiedziałem dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Teraz już wiem.
To co myślę często implikuje się w tym co mówię, więc muszę dobrze zastanowić się o co mi tak naprawdę chodzi i wyrazić to. No i muszę brać pod uwagę to, że kobiety myślą inaczej.
piątek, czerwca 25, 2010
Trzecie uderzenie
Wybory. Taak... Najcudowniejsza rzecz jaka może zdarzyć się w życiu. I bynajmniej nie chodzi mi o głosowanie na partie polityczne czy kandydatów na prezydenta: chodzi mi o normalne, codzienne wybory. Zjeść trzy kanapki czy cztery ( w sumie to i tak dwie, bo na cztery mnie nie stać, a na trzy i tak nie mam co położyć)? Iść pieszo czy pojechać autobusem? Wziąć kurtkę czy nie?
Zwykła szara rzeczywistość.
Wziąć tysiąc złotych czy pozwolić by komuś spełniło się marzenie?
Jasne, że wziąć tysiąc!(i nawet nie próbuj mówić, że jest inaczej, wszyscy wiedzą,że weźmiesz tysiaka) Można kupić ciuchy, kratę browarów, spoko słuchawki, siuwax i przez tydzień stołować się w Kill The Fucking Chicken. Przecież to nie jest wybór tylko oczywistość!
A co jeśli spełni się marzenie kogoś kogo kochamy?
Tu już powstaje pewien dylemat(nie krzycz do monitora,że na pewno ma się spełnić marzenie Kogoś, bo to jest ważniejsze niż koło w kieszeni, niż 10 kół. Nie bądź śmieszny i nie brudź monitora), przecież tysiak to dużo możliwości...
Srać na to, że pójdę do KFC skoro możeMY pójść do KFC. Ile cudownych rzeczy mogę kupić Tej Osobie i ile rzeczy mogę kupić sobie.
Jak dobrze mogę zrobić sobie? Nie dość, że zrobię dobrze drugiej osobie, dzięki czemu sam będę miał dobrze, to jeszcze kupię sobie różności i będzie mi dobrze.
Jednak spełnienie czyjegoś marzenia da mi więcej radości. Ostatecznie pozwolisz Komuś zgarnąć ich sen.
A co jeśli ten tysiąc będzie Ci potrzebny?
Może i nie jest Ci rozpaczliwie potrzebny, nie zależy od niego niczyje życie. Jakby Ci to przedstawić...
Powiedzmy,że masz przesłuchanie do zespołu. Grasz na gitarze i przydałby Ci się jakiś multi efekt. Cholernie zależy Ci a graniu w tym zespole i te tysiąc złych zagwarantowałoby Ci miejsce.
Kuźwa! Z drugiej strony wystarczy, że poćwiczę więcej i wyjdzie na to samo, więc mogę spełnić Czyjeś marzenie.
No taak... A jakbym tak poćwiczył więcej, dostał się do zespołu i zgarnął tysiaka?
A Ty co byś zrobił? Pewnie pozwoliłbyś by Twoja druga połówka spełniła swe marzenie, ale czy na pewno? Czy cieszyło by Cię to tak bardzo?
No właśnie....W końcu każdy jest egoistą.....
Marzenia to dziwna rzecz. Z jednej strony są czymś nie realnym, czymś co nigdy się nie spełni, a z drugiej stają się tym co dodaje nam sił, dzięki czemu chcemy coś robić. Stają się tym co chcemy osiągnąć.
ALE
Co gdy ich spełnienie kosztuje zbyt wiele? Ile możesz poświęcić dla realizacji marzenia?
Wyobraź sobie, że stoisz przed szansą spełnienia swego największego snu. Co zrobisz by stał się rzeczywistością? WSZYSTKO!!!!!(takie coś dudni w Twojej głowie)A jeżeli przez to ucierpi Twoja rodzina, jeżeli Twoi bliscy poczują się źle? Co jeżeli zranisz Kogoś?
Czy marzenie jest tego warte?
Co jeżeli spełnisz marzenie, dzięki któremu, Ty i Ktoś będziecie szczęśliwi, ale zranisz swoją rodzinę? Ile jesteś w stanie poświęcić? Czym do kurwy nędzy są marzenia, że potrafią stawiać pod ścianą? I dlaczego możemy poświęcić dla nich tak dużo?
Nie wiem, ale ja wybrałem marzenia i gotowy jestem poświęcić dla nich wszystko. Jestem niebieskim ptakiem.
A Ty co wybierzesz marzenie czy spokój?
Zwykła szara rzeczywistość.
Wziąć tysiąc złotych czy pozwolić by komuś spełniło się marzenie?
Jasne, że wziąć tysiąc!(i nawet nie próbuj mówić, że jest inaczej, wszyscy wiedzą,że weźmiesz tysiaka) Można kupić ciuchy, kratę browarów, spoko słuchawki, siuwax i przez tydzień stołować się w Kill The Fucking Chicken. Przecież to nie jest wybór tylko oczywistość!
A co jeśli spełni się marzenie kogoś kogo kochamy?
Tu już powstaje pewien dylemat(nie krzycz do monitora,że na pewno ma się spełnić marzenie Kogoś, bo to jest ważniejsze niż koło w kieszeni, niż 10 kół. Nie bądź śmieszny i nie brudź monitora), przecież tysiak to dużo możliwości...
Srać na to, że pójdę do KFC skoro możeMY pójść do KFC. Ile cudownych rzeczy mogę kupić Tej Osobie i ile rzeczy mogę kupić sobie.
Jak dobrze mogę zrobić sobie? Nie dość, że zrobię dobrze drugiej osobie, dzięki czemu sam będę miał dobrze, to jeszcze kupię sobie różności i będzie mi dobrze.
Jednak spełnienie czyjegoś marzenia da mi więcej radości. Ostatecznie pozwolisz Komuś zgarnąć ich sen.
A co jeśli ten tysiąc będzie Ci potrzebny?
Może i nie jest Ci rozpaczliwie potrzebny, nie zależy od niego niczyje życie. Jakby Ci to przedstawić...
Powiedzmy,że masz przesłuchanie do zespołu. Grasz na gitarze i przydałby Ci się jakiś multi efekt. Cholernie zależy Ci a graniu w tym zespole i te tysiąc złych zagwarantowałoby Ci miejsce.
Kuźwa! Z drugiej strony wystarczy, że poćwiczę więcej i wyjdzie na to samo, więc mogę spełnić Czyjeś marzenie.
No taak... A jakbym tak poćwiczył więcej, dostał się do zespołu i zgarnął tysiaka?
A Ty co byś zrobił? Pewnie pozwoliłbyś by Twoja druga połówka spełniła swe marzenie, ale czy na pewno? Czy cieszyło by Cię to tak bardzo?
No właśnie....W końcu każdy jest egoistą.....
Marzenia to dziwna rzecz. Z jednej strony są czymś nie realnym, czymś co nigdy się nie spełni, a z drugiej stają się tym co dodaje nam sił, dzięki czemu chcemy coś robić. Stają się tym co chcemy osiągnąć.
ALE
Co gdy ich spełnienie kosztuje zbyt wiele? Ile możesz poświęcić dla realizacji marzenia?
Wyobraź sobie, że stoisz przed szansą spełnienia swego największego snu. Co zrobisz by stał się rzeczywistością? WSZYSTKO!!!!!(takie coś dudni w Twojej głowie)A jeżeli przez to ucierpi Twoja rodzina, jeżeli Twoi bliscy poczują się źle? Co jeżeli zranisz Kogoś?
Czy marzenie jest tego warte?
Co jeżeli spełnisz marzenie, dzięki któremu, Ty i Ktoś będziecie szczęśliwi, ale zranisz swoją rodzinę? Ile jesteś w stanie poświęcić? Czym do kurwy nędzy są marzenia, że potrafią stawiać pod ścianą? I dlaczego możemy poświęcić dla nich tak dużo?
Nie wiem, ale ja wybrałem marzenia i gotowy jestem poświęcić dla nich wszystko. Jestem niebieskim ptakiem.
A Ty co wybierzesz marzenie czy spokój?
wtorek, czerwca 22, 2010
Drugie uderzenie
Nuda.
Taaak....Nuda...
W zasadzie można by powiedzieć,że każdego kiedyś dopada ten straszliwy demon i niczym Walkirie rozrywa ciało. Zastanawia mnie tylko czy to nuda dopada Nas czy to My staliśmy się nudni?
Sięgnijmy pamięcią do odległych czasów, kiedy to mieliśmy po kilka lat, świętowaliśmy swe ciągłe podstawówkowe 5 i opłakiwaliśmy 4. Jakoś wtedy nam się nie nudziło. Dziwne prawda. Zawsze potrafiliśmy znaleźć sobie coś czym moglibyśmy zająć czas, ręce i umysł.
Biegaliśmy, graliśmy w piłkę, chowanego, podchody, beki, policjantów i złodziei i masę innych zabaw.
Pamiętasz to?
Widzisz w swojej głowie jak szczęśliwie biegałaś/eś? Jakie wszystko było dobre i że tak naprawdę nuda dopadała Cię tylko gdy padał deszcz? Oj chyba usłyszałem wewnętrzne oburzenie. Tak gdy padało nie można było wyjść na dwór/pole/na zewnątrz, ale dalej było co robić. Czytać, grać w chińczyka, karty, warcaby czy wymyślać coś całkowicie niestworzonego.
Dało się?
A teraz co? Siedzisz przed komputerem i starasz się zabić czas, jęcząc, że dopadła Cię nuda. Może jednak trzeba popatrzeć trochę ponad krawędź monitora? Można przecież spotkać się ze znajomymi, pogadać, powygłupiać się, zagrać w chińczyka... Jest masę różnych zajawek, które można robić samemu albo z innymi ludźmi tyle, że jakoś nam to odeszło.
Teraz bawimy się tylko w siedzenie przy kompie, od którego nie odejdziemy nawet jeżeli mielibyśmy myszką kreślić kwadraty na pulpicie, albo w żuli, którzy spotykają się z innymi tylko dlatego by: "się najebać i skurwić szluge".
Czy naprawdę tak trudno zrobić coś więcej, coś ponad ten szajs? Łatwo nazwać nudę chorobą cywilizacyjną, bo inaczej musielibyśmy przyznać, że sami jesteśmy nudni.
Taaak....Nuda...
W zasadzie można by powiedzieć,że każdego kiedyś dopada ten straszliwy demon i niczym Walkirie rozrywa ciało. Zastanawia mnie tylko czy to nuda dopada Nas czy to My staliśmy się nudni?
Sięgnijmy pamięcią do odległych czasów, kiedy to mieliśmy po kilka lat, świętowaliśmy swe ciągłe podstawówkowe 5 i opłakiwaliśmy 4. Jakoś wtedy nam się nie nudziło. Dziwne prawda. Zawsze potrafiliśmy znaleźć sobie coś czym moglibyśmy zająć czas, ręce i umysł.
Biegaliśmy, graliśmy w piłkę, chowanego, podchody, beki, policjantów i złodziei i masę innych zabaw.
Pamiętasz to?
Widzisz w swojej głowie jak szczęśliwie biegałaś/eś? Jakie wszystko było dobre i że tak naprawdę nuda dopadała Cię tylko gdy padał deszcz? Oj chyba usłyszałem wewnętrzne oburzenie. Tak gdy padało nie można było wyjść na dwór/pole/na zewnątrz, ale dalej było co robić. Czytać, grać w chińczyka, karty, warcaby czy wymyślać coś całkowicie niestworzonego.
Dało się?
A teraz co? Siedzisz przed komputerem i starasz się zabić czas, jęcząc, że dopadła Cię nuda. Może jednak trzeba popatrzeć trochę ponad krawędź monitora? Można przecież spotkać się ze znajomymi, pogadać, powygłupiać się, zagrać w chińczyka... Jest masę różnych zajawek, które można robić samemu albo z innymi ludźmi tyle, że jakoś nam to odeszło.
Teraz bawimy się tylko w siedzenie przy kompie, od którego nie odejdziemy nawet jeżeli mielibyśmy myszką kreślić kwadraty na pulpicie, albo w żuli, którzy spotykają się z innymi tylko dlatego by: "się najebać i skurwić szluge".
Czy naprawdę tak trudno zrobić coś więcej, coś ponad ten szajs? Łatwo nazwać nudę chorobą cywilizacyjną, bo inaczej musielibyśmy przyznać, że sami jesteśmy nudni.
środa, czerwca 16, 2010
Pierwsze uderzenie
Dzisiejszy dzień natchnął mnie, a raczej zmusił?, do zadania pytania: Jak bardzo można spieprzyć swoje życie, by czuć się fajnym i by wydawało się nam, że ludzie nas za takich postrzegają.
Cholera! /założenie o braku wulgaryzmów było chyba nie do końca przemyślane/żna całe życie nie udolnie udawać kogoś kim się nie jest? Czy bycie sobą jest na prawdę takie trudne? Jak można przechwalać się kim to się nie jest, co to się nie umie i jaką posiada się wiedzę, jeżeli rozbija się to jak komar o szybę rzeczywistości?!
Myśle,że jest to jeden z większych problemów cywilizacyjnych, problemów new age, problemów, który strasznie kopie młode pokolenie(młodzież,ziomków etc.)/żenada.../
Winą należy obarczyc przedewszystkim mass media. W końcu to one zrobiły taką siekę. Wszyscy gonią za jakimiś pieprzonymi ideałami, jakimiś wzorcami, za tym by byc trendy,jazzy, juicy i indie. Ludzie opanujcie się! Czy od tego będziecie lepsi? Czy od tego będziecie mieli większą wiedzę? Czy od tego lepiej pokażecie siebie? Czy od tego wasza wartość skoczy? NIE.
Q: Czy będac trendy i w ogóle na czasie będe lepszy?
A: Tak z pewnością będziesz lepszy. W końcu Twój wygląd będzie orginalny pod warunkiem, że zabijesz jakieś 10 milionów ludzi. Malowanie jednymi farbami nie czyni dzieł wyjątkowymi, a takimi samymi jak pozostałe.
Q: Czy dzięki temu,że podążam za ideałami pompowanymi przez MTv, wzrośnie moja wiedza?
A: Tak i to zdecydowanie. O tym jaka gwiazda założyła jaką bluzkę i jaki fatalny bląd popełniła, nie zakładając kamizelki albo cardiganka.
Q:Czy dzięki podążaniu za duchem epoki/taki z tego 'duch epoki' jak z mysiej pizdy neseser'/lepiej zaprezentuje siebie?
A:Oczywiście,że nie. Gdy idę ulicą i widze jakiegoś alo jakąś odpicowana, wylansowaną i w ogóle mega szpan to nasuwa mi się tylko jedno - gdzieś otworzyli tanie ksero. Nie widzę w tym indywidualności i prezentacji własnych atutów.
Q: Czy dzięki byciu trendy bede bardziej wartościowy?
A:Nie. Jeżeli ktoś ubiera siętak jak miliony, słucha tego co miliony, mówi o tych rzeczach co miliony i robi wszystko co miliony, bo musi być cooool, to nie jest lepszy. Niby od kogo. Jesteś jednym z milionów; co czyni cię lepszym od innych?
Większość osób w tym miejscu stwierdzi, że jest to "półinteligenckie wynurzenie jakiegoś kretyna w okularach, który wszystkich pojezdza, bo jest brzydki, nie stać go na kamizelkę i cardiganek". Rozczaruje Was. Pisze to wszystko, by zwrócić uwagę na pewien problem.Na to co się dzieje. Nie zamierzam zmieniać czyjichś filozofii, chce tylko byś zatrzymała/ł się na chwile i uuruchomiła/ł proces myślowy.
Podążając za moda nigdy nie ukazesz swojej wartości. Nie wierzysz mi? Głównym założeniem mody jest: nie wazne czy pasuje czy nie,wazne,że jest modne i to wystarczy. Obawiam się,że powiedział to jakiś super kreator mody, ale mam to głęboko w dupie. Chodzi o sens.
Moda jest czymś co się pojawia i cechuje się pewną ułomnością. Dyktuje pewne sprawy: czy to odnośnie ubioru czy światopoglądu. Zawsze jest tylko moda - trwa określony/krótki/ czas i każe coś robić.
Natomiast bycie sobą to bycie sobą. To coś co też jest ograniczone czasowo/jak wpieprzają cie robale to już mało jesteś sobą/, ale niczego nie każe, nie nakazuje. Po prostu jesteś tym kim jesteś. Jeżeli cały świat jest przeciw Tobie, wszystko Cię dołuje/to są problemy natury psychicznej i nazywają się podwyższoną podatnością na depresje i zwiazane jest z upośledzeniem wydzielania dopaminy i takich tam.../ to jestes "emo". Obojętnie co na siebie ząlozysz zawsze tak będziesz wyglądać i już - bo taka.taki jesteś!
Jeżeli jesteś "ziomem" to zawsze tak będzie. Mozesz założyć na siebie dres za 5 i dalej jesteś "ziomem". Dlaczego?
BO MASZ TO W SOBIE!! PO PROSTU IDŹ I TO ZNAJDŹ DO KURWY NĘDZY!!!/i całe starania szlag trafił..../
Cholera! /założenie o braku wulgaryzmów było chyba nie do końca przemyślane/żna całe życie nie udolnie udawać kogoś kim się nie jest? Czy bycie sobą jest na prawdę takie trudne? Jak można przechwalać się kim to się nie jest, co to się nie umie i jaką posiada się wiedzę, jeżeli rozbija się to jak komar o szybę rzeczywistości?!
Myśle,że jest to jeden z większych problemów cywilizacyjnych, problemów new age, problemów, który strasznie kopie młode pokolenie(młodzież,ziomków etc.)/żenada.../
Winą należy obarczyc przedewszystkim mass media. W końcu to one zrobiły taką siekę. Wszyscy gonią za jakimiś pieprzonymi ideałami, jakimiś wzorcami, za tym by byc trendy,jazzy, juicy i indie. Ludzie opanujcie się! Czy od tego będziecie lepsi? Czy od tego będziecie mieli większą wiedzę? Czy od tego lepiej pokażecie siebie? Czy od tego wasza wartość skoczy? NIE.
Q: Czy będac trendy i w ogóle na czasie będe lepszy?
A: Tak z pewnością będziesz lepszy. W końcu Twój wygląd będzie orginalny pod warunkiem, że zabijesz jakieś 10 milionów ludzi. Malowanie jednymi farbami nie czyni dzieł wyjątkowymi, a takimi samymi jak pozostałe.
Q: Czy dzięki temu,że podążam za ideałami pompowanymi przez MTv, wzrośnie moja wiedza?
A: Tak i to zdecydowanie. O tym jaka gwiazda założyła jaką bluzkę i jaki fatalny bląd popełniła, nie zakładając kamizelki albo cardiganka.
Q:Czy dzięki podążaniu za duchem epoki/taki z tego 'duch epoki' jak z mysiej pizdy neseser'/lepiej zaprezentuje siebie?
A:Oczywiście,że nie. Gdy idę ulicą i widze jakiegoś alo jakąś odpicowana, wylansowaną i w ogóle mega szpan to nasuwa mi się tylko jedno - gdzieś otworzyli tanie ksero. Nie widzę w tym indywidualności i prezentacji własnych atutów.
Q: Czy dzięki byciu trendy bede bardziej wartościowy?
A:Nie. Jeżeli ktoś ubiera siętak jak miliony, słucha tego co miliony, mówi o tych rzeczach co miliony i robi wszystko co miliony, bo musi być cooool, to nie jest lepszy. Niby od kogo. Jesteś jednym z milionów; co czyni cię lepszym od innych?
Większość osób w tym miejscu stwierdzi, że jest to "półinteligenckie wynurzenie jakiegoś kretyna w okularach, który wszystkich pojezdza, bo jest brzydki, nie stać go na kamizelkę i cardiganek". Rozczaruje Was. Pisze to wszystko, by zwrócić uwagę na pewien problem.Na to co się dzieje. Nie zamierzam zmieniać czyjichś filozofii, chce tylko byś zatrzymała/ł się na chwile i uuruchomiła/ł proces myślowy.
Podążając za moda nigdy nie ukazesz swojej wartości. Nie wierzysz mi? Głównym założeniem mody jest: nie wazne czy pasuje czy nie,wazne,że jest modne i to wystarczy. Obawiam się,że powiedział to jakiś super kreator mody, ale mam to głęboko w dupie. Chodzi o sens.
Moda jest czymś co się pojawia i cechuje się pewną ułomnością. Dyktuje pewne sprawy: czy to odnośnie ubioru czy światopoglądu. Zawsze jest tylko moda - trwa określony/krótki/ czas i każe coś robić.
Natomiast bycie sobą to bycie sobą. To coś co też jest ograniczone czasowo/jak wpieprzają cie robale to już mało jesteś sobą/, ale niczego nie każe, nie nakazuje. Po prostu jesteś tym kim jesteś. Jeżeli cały świat jest przeciw Tobie, wszystko Cię dołuje/to są problemy natury psychicznej i nazywają się podwyższoną podatnością na depresje i zwiazane jest z upośledzeniem wydzielania dopaminy i takich tam.../ to jestes "emo". Obojętnie co na siebie ząlozysz zawsze tak będziesz wyglądać i już - bo taka.taki jesteś!
Jeżeli jesteś "ziomem" to zawsze tak będzie. Mozesz założyć na siebie dres za 5 i dalej jesteś "ziomem". Dlaczego?
BO MASZ TO W SOBIE!! PO PROSTU IDŹ I TO ZNAJDŹ DO KURWY NĘDZY!!!/i całe starania szlag trafił..../
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)